Zabójstwo w stylu wolnym – rozdział 22, Epilog

Z półsnu wyrwał go odgłos telefonu komórkowego. Spojrzenie na wyświetlacz udzieliło mu dwóch informacji, która jest godzina i kto postanowił go dręczyć o tej porze. Druga dwadzieścia trzy, dzwoniący: Kamil.

Czyżby Robert Kopczyński mówił prawdę? Facet wyraźnie lubił udawać idiotę i do tego wiele razy był przyłapany na grze aktorskiej, kłamstwach, fortelach, blefach. Rzecz w tym, że jego wyjaśnienia były sensowne. Pamiętał aż za dobrze uczucie, gdy dowiedział się, że Kamil przeżył upadek, że te przeklęte zadaszenie uratowało my życie. Do tego akcja ratunkowa sąsiadów przyniosła zaskakująco niezły skutek – przywrócenie akcji serca, potem podróż do szpitala… Na miejscu bez wątpienia mogli mu podać jakiś środek łagodzący działanie narkotyku.

– Musimy się spotkać – usłyszał znajomy głos.
– Kamil? – upewnij się.
– Tak. To ja. – odparł rozmówca.

W głowie zaświecił mu się czerwony alarm. Jeśli to ta sama sztuczka, musi zrobić coś nietypowego, powiedzieć coś głupiego, coś, czego oszust by się nie spodziewał.

– Mam mordę na głowie – oznajmił beznamiętnie.
– Co ty pierdolisz? Sprawę mam.
– Nie rozumiesz. Wanna się zatkała – spróbował raz jeszcze.
– Brałeś coś? – spytał Kamil jakby poirytowany.

Damian wsłuchał się w ciszę, która zapadła po tym pytaniu. Odpowiedzi Kamila były dziwne, zdawkowe, podejrzane. Czy nie powinien powiedzieć coś jeszcze?

Powiedz coś jeszcze skurczybyku, wiem, że to jakaś sztuczka.

– Głuchy, kurwa? – padło kolejne pytanie.

Na potrzeby utworów nagrywali różne teksty i zajawki, całe gigabajty wypowiedzi, haseł, obelg, pojedynczych słów… Zapamiętanie wszystkich graniczyło z cudem… Moment. Jeśli to sztuczka gliniarzy, to nie może pokazać, że się zorientował. Zabójca wie, że Kamil nie żyje. Jeśli Kamil żyje, trzeba będzie…

Z zamyślenia wyrwało go irytujące sapanie, które usłyszał w słuchawce, jednak niemal od razu zorientował się, że sam zaczął dyszeć.

– Nie, stary. Kurwa. Obudziłeś mnie tak nagle, jeszcze jedną nogą jestem we śnie, chyba. Gdzie chcesz się spotkać? – spytał.
– Za kościołem, pod kaplicą.
– Okej, to do jutra…
– Za kwadrans.

Nabrał powietrza.

Przypomniał sobie. Wie, że to ja go tak urządziłem.

– Dobra – potwierdził.

Podniósł się na łóżku jak widmo. Na pewno był blady jak duch. To niemożliwe. To znaczy: to możliwe, ale mało prawdopodobne. Czy to na pewno prawda?

Wciąż ściskając telefon w dłoni, wybrał numer do Kamila. Na połączenie czekał dwa sygnały.

– Dlaczego teraz? – spytał od razu.
– Bo znam prawdę. Jutro? Będziesz skończony.

Przełknął ślinę.

– Dobra, czekaj na mnie.

Jasna cholera.

Zerwał się z łóżka i ubrał się bezpośrednio na piżamę. Spod łóżka wydłubał pudełko na towar, w którym wciąż przechowywał narkotyki skradzione z mieszkania Łukasza. Wymknięcie się z domu o tej porze było tak łatwe, że równie dobre babcia nie musiała z nimi mieszkać. Znacznie bardziej mógłby się obawiać, co zrobi jego brat, jeśli w międzyczasie się obudzi.

Parafia świętej Barbary była ledwie kilka minut od osiedla, jednak droga tam trwała jakby wieczność. Co zastanie na miejscu? Czy Kamil wezwał policję? Dlaczego chce się skonfrontować? W jakim jest stanie?

Na ostatnie pytanie odpowiedź poznał szybciej, niż się spodziewał. Pod kaplicą, na chodniku stał Kamil – w zasadzie siedział na wózku inwalidzkim. Zwrócony był plecami do nadchodzącego Damiana, zatem wystarczyło tylko podejść dość blisko i… może tym razem trzy zastrzyki załatwią sprawę? Jak wytłumaczy to przed policją, skoro oficjalnie to Łukasz został uznany za sprawcę? Będzie drugie śledztwo. Nie ma alibi.

Nie ma też wyboru.

Zaczął kroczyć dużo ostrożniej, dbając, by kroki nie wywoływały dźwięków, przy tym wstrzymując regularnie oddech. Każdy kamyk mógł wywołać odgłos, każdy kąsek żwiru mógł wystrzelić mu pod butami i zaalarmować Kamila. Jednak nadaremnie.

– Stop – rozkazał Kamil.

Zatrzymał się pięć metrów od rozmówcy. Wózek obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni tak, że siedzący na nim osobnik był twarzą do kaplicy i bokiem do Damiana.

– O czym chciałeś pogadać? – zapytał Maku.
– Znam prawdę – odparł chłopak. – Całą prawdę.
– Czego chcesz?

Kamil westchnął. Wystawił rękę w lewo – w stronę Damiana – i puścił na telefonie jeden z ich utworów. Obaj znali ten track, to było nagranie z ich drugiej płyty, a przynajmniej poprzednia wersja tego utworu należała do ich drugiego mix-teape’u. Jednak ta wersja była zmieniona. Beat był trochę poprawiony, a pierwszej zwrotki nie rapował ani Damian, ani Kamil. Rapował Łukasz. Zatrzymał nagranie przed refrenem.

– Zginął. Przez ciebie. – Kamil odwrócił głowę.

Siedział na wózku z kapturem naciągniętym na głowę. Rysów twarzy nie sposób było zauważyć, ale głos nie pozostawiał wątpliwości.

– Wugo go zabił, nie miałem z tym nic wspólnego – zaprzeczył.
– Dlaczego? Damian? Dlaczego?
– Dlaczego?
– Tak.
– Dobra.

Obrócił się to w jedną, to w drugą stronę. Być może szukał świadków ich spotkania, być może szarpało nim z nerwów. Jednak zebrał się na odpowiedź.

– Widzę, że przez dragi nie do końca kojarzysz. Zniszczyłeś nasz zespół. Zrujnowałeś wszystko. Zachciało ci się bawić w matkę Teresę i sprowadziłeś Łukasza do naszego duetu. Na początku mi to nie przeszkadzało, bo Luks miał czasem dobre beaty. – Zrobił krok w stronę wózka. – Ale później było więcej. I więcej. I więcej. Browar z Łukaszem. Nagrywanie z Łukaszem. Zioło z Łukaszem, wszystko z pierdolonym Łukaszem.

– Zazdrość? Serio? To wszystko… przez zazdrość?
– Wydanie płyty miało być naszym sukcesem. Naszym wspólnym dziełem. Myślałeś, że udomowisz ćpuna, a ja dam się nim zastąpić?! Serce mi krwawiło za każdym razem, jak wycinałeś nasze wokale i zastępowałeś je Łukaszem!
– Mogłeś powiedzieć…
– Mówiłem, mówiłem… Mówiłem!

Damian zrobił jeszcze jeden krok w stronę Kamila, ściskając wciąż strzykawkę w lewej dłoni. Jeśli teraz zaatakuje, nie będzie się miał jak obronić. Na wózku, z połamanymi nogami mógł jedynie zasłonić się rękoma.

– Co teraz? – spytał Kamil, nadzwyczaj dziarsko.
– Dokończę to, co zacząłem. Dogadałem się z Zibim, Kamil, w tej chwili jesteś już tylko balastem. Miałem nadzieję, że kompot cię znieczuli, że umrzesz od upadku, ale sąsiedzi się odratowali. Dla mnie to wszystko już przeszłość.

Kamil nie odpowiedział. Zamiast niego wypowiedział się Kopczyński, który wyrósł jak spod ziemi za Damianem.

– To wystarczy – stwierdził. – Mamy przyznanie się do winy.

Damian odwrócił się zdezorientowany. Kopczyński najwyraźniej siedział w krzakach, przysłuchując się całej rozmowie, nie, nagrywał wszystko ściskanym w ręce dyktafonem. Więc to jednak była pułapka?

– Nie przypomniałeś sobie? – Damian odwrócił się bokiem do Roberta i zerkał to na niego, to na Kamila.
– Wyrzuciłeś go z czwartego pietra, nafaszerowałeś go dragami. Nie miał pewności, więc poprosił nas o pomoc.
– Powinienem był podać mu trzecią dawkę, tak dla pewności. – Pokazał strzykawkę. – Ale chciałem ją oddać Łukaszowi przy pierwszej lepszej okazji. – Odwrócił się do Kamila. – Nie żałuję tego, co ci zrobiłem. Nie masz pojęcia, jak bardzo życzę ci śmierci.

Następnie wykonał coś, czego żaden z nich się nie spodziewał. Krótkim zamachem wbił strzykawkę w swoją klatkę piersiową i wstrzyknął zawartość do swojego organizmu. Pod wpływem adrenaliny i bólu opadł na kolana, ale zaraz potem narkotyk zaczął działać i pozwolił mu odpłynąć. Lekcje biologii w szkole nie poszły na marne, trafił w samo serce. Upadł na plecy.

Nad nim pojawiły się dwie znajome twarze – Łukasza i Roberta.

Łukasz? Cholera, to jednak była jakaś sztuczka.

* * *

– Wezwij pogotowie – rozkazał Luksowi.

Chłopak wstał z kolan i odszedł kilka metrów, wybierając trzy cyfry w smartfonie.

Przy Damianie miejsce zajął Mirek. Niektóre leki, jak sztuczną adrenalinę podaje się przez wstrzyknięcie bezpośrednio do serca, co przyspiesza ich działanie. W wypadku narkotyków mogło to oznaczać, że chłopak umrze, nim przyjedzie karetka.

– Damian, spokojnie, pomoc jest już w drodze – zadeklarował Robert.
– Jak to zrobiliście? Ten głos… – Damian z sekundy na sekundę zaczął odpływać.
– Tak jak ty – odpowiedział Mirek.
– To wiem, ale… na wózku? Jakim cudem…? To było… Takie… Prawdziwe…
– To wózek z akumulatorem – komisarz spróbował utrzymać kontakt z chłopakiem. – Podpięliśmy do niego głośniki.
– Ooo, to mocny towar… Utwór z Łukaszem? Skasowałem je… wszystkie… Skąd wiedzieliście? Wszystko… wszystko…
– Sprawdziliśmy billingi i wiadomość do Studia „Szafa”. Sfabrykowałeś jedno i drugie.

Damian częściowo się zaśmiał, częściowo zakasłał.

– Mogliście to sprawdzić dużo wcześniej. Heh… Dalej nie żałuję. Dalej życzę mu śmierci…

Chłopak stracił przytomność, wyraźnie topiąc się w substancjach odurzających, a w chwilę później dopadły go drgawki. Mirek sprawdził puls konającego i wyraźnie zaniepokojony przytrzymał głowę chłopaka, by nie zrobił sobie krzywdy podczas konwulsji. Po kwadransie pomoc przejęli profesjonaliści i Damian został odwieziony do szpitala.

– Kurewskie „ups”? – spytał Łukasz, patrząc za odjeżdżającą karetką.
– Bardzo kurewskie „ups” – odparł Mirek.

Epilog

Do biura Roberta Kopczyńskiego w Warszawie wpadało mnóstwo promieni słonecznych, odbijających się od szyb w okiennicach po przeciwnej stronie ulicy. Był to konieczny powrót na stare śmieci, po wydarzeniach w Rybniku, po których teraz pozostawało oddalające się wspomnienie.

Uśmiechnął się do siebie, obserwując ulice na dole, widząc, że do budynku wchodzi właśnie jego superasystentka. Zapewne nie spodziewała się zastać go na miejscu o tej porze, dlatego też pozwoliła sobie na dziesięć minut spóźnienia. Sam Robert stosował zasadę, że Zuzia może o spóźnieniu informować po fakcie, jak już będzie na miejscu. Dzięki temu unikali zbędnej wymiany telefonów, na przykład, kiedy zapominał, że wysłał ją na firmowe spotkanie i przez to spotkanie się spóźni.

Drzwi za nim zostały otwarte.

– Cześć, już jesteś? – przywitała go wesoło.
– No, jak widać – odparł.
– Jak tam robota dla Zibiego?
– No, powiedzmy, że nie zapłaci ani grosza.

Prychnęła.

– Czemu mnie to nie dziwi?
– Mogę ci opowiedzieć w skrócie. Chcesz posłuchać? – spytał jakby podekscytowany.

Zuzia znała z autopsji to pytanie. Robert wielokrotnie wpadał w manię opowiadania, za każdym razem, kiedy klienci Security Pro odstawiali manianę.

– No, dawaj. – Oparła się wygodniej na progu.
– Wyobraź sobie, że jeden raper umiera… – zaczął Robert.
– No, jakoś sobie wyobrażam. Zibi o tym mówił.
– Tak, właśnie. Raper umiera… – Zasiadł przy biurku, dając jej znać dłonią, że może się dosiąść naprzeciwko. – Przyjeżdżam na miejsce i widzę podejrzanego…
– Ktoś z rodziny? – spróbowała zgadnąć. – Koledzy z zespołu?
– No, ciepło, ciepło, gorąco – przyznał. – Kolega z zespołu go zabił. Damian. Cwany lis. Obczaj to…
– Obczaj? – zaśmiała się krótko. – Przykumaj te hasła ziomek!

Robert odpowiedział śmiechem, uświadomiwszy sobie, że towarzystwo raperów wywarło na nim nieodwracalne piętno. Jednak zdusił w sobie śmiech, wracając myślami do okoliczności, w jakich przyszło mu nauczyć się tekstów z blokowisk.

– Damian miał jakieś osobiste porachunki z Kamilem. Zazdrość, zawiść, chciwość… Podał Kamilowi narkotyk, wyrzucił go z okna, a potem zupełnie przypadkiem zrzucił winę na drugiego członka zespołu, na Łukasza.
– Przypadkiem? – Zuzia zdziwiła się na tyle, żeby opuścić framugę drzwi i wejść w głąb pomieszczenia. – Niemożliwe.
– To proste. Łukasz to ćpun. Na odwyku, ale ćpun. Damian ukradł od niego dragi i otruł nimi Kamila. To pierwszy dowód. Drugi – zwabił Łukasza na miejsce zbrodni. Chciał w ten sposób załatwić sobie alibi, ale zamiast tego Łukasz stał się kozłem ofiarnym. Trzeci – Łukasz przez swoją paranoję próbował zacierać po Damianie ślady…

Popatrzył, jak Zuzia zasiada w fotelu, który zazwyczaj służy do konfrontacji z pracownikami. Szef po jednej stronie biurka, po drugiej podwładny. Twarzą w twarz. W spotkaniach biznesowych lepiej sprawuje się kącik rozmów, po lewej stronie. Rozmowa „przez biurko” sprawia wrażenie, że rozmówcy znajdują się po przeciwnych stronach barykady. Robert odruchowo zerwał się z fotela.

– Nie jesteś na dywaniku – zadeklarował. – Chodź.

Machnął ręką w stronę foteli, przy których kilka dni wcześniej rozmawiali z Zibim, dając jej znać, że może się przesiąść.

– Damian zabił Kamila – oznajmił Robert jeszcze zanim usiedli. – Ustawił w jego telefonie przekierowanie za pomocą jakiegoś programu i podszywając się pod Kamila, namówił Łukasza, żeby przyszedł do mieszkania Kamila.
– A… to znaczy, że naśladował jego głos? – upewniła się Zuzia.
– Nie, to byłoby wykluczone. Kamil miał wysoki głos, Damian niski, nie przeszłoby. Dlatego użył fragmentów nagrań ze studia, żeby ułożyć w miarę logiczne zdania.
– Co ty gadasz? Nie wierzę.
– Niesamowite, ale możliwe. Znali się od lat, pewnie często jeden kończył zdania za drugiego. To wcale nie tak trudno przewidzieć, jak potoczy się dyskusja… – zaproponował Robert.
– Bez sensu.
– Bez sensu.
– Czekaj.
– Czekaj.
– Nie.
– Nie.
– Dobra.
– Przestań. O, okej, teraz mi wierzysz.
– Wierzę, że jesteś wkurzający.
– Wierzę, że jesteś wkurzający.

Robert przybrał szyderczy uśmiech na twarzy. Kiedy rozszyfrowali sztuczkę Damiana, postanowili wykorzystać ją przeciw niemu.

Na początek Robert namówił Zibiego do wycofania zarzutów wobec Łukasza. Nie było to łatwe, bo chłopak zdemolował Studio „Szafa”, rozbił barmanowi w klubie butelkę na głowie, a właścicielowi groził podcięciem gardła. Jednak Robert miał w zanadrzu kij i marchewkę: zaproponował Zibiemu, że nie poniesie odpowiedzialności za fabrykowanie dowodów – bo mail „od Kamila” był sfałszowany i Zibi o tym wiedział doskonale; ponadto Łukasz zaproponował podpisanie kontraktu w imieniu Ciężkiej Jazdy – praktycznie za darmo.

– Także to był błąd ze strony Damiana. Gdyby nie zadzwonił do Łukasza, nie zostawiłby po sobie śladu. Sprawdziliśmy historię przekierowań i okazało się, że Damian zadzwonił na telefon Kamila, a telefon Kamila przekierował połączenie na telefon Łukasza.
– Ale mówiłeś, że po przyjeździe zobaczyłeś podejrzanego… – asystentka zwróciła mu uwagę. – Czyli wiedziałeś od początku?
– No tak jakby. – Robert znów uśmiechnął się chytrze, na wspomnienie tego drobnego, ale użytecznego kłamstwa. – Na miejscu powiedziałem wszystkim, że Kamil przeżył.
– Skłamałeś…?
– Żeby wywołać reakcję. Damian spanikował, jakby go ktoś posadził na krześle elektrycznym. Później w zeznaniach był nerwowy, kręcił, kombinował…

Zuzanna oparła się w fotelu, ułożyła łokieć na wsporniku, a czoło oparła na dłoni.

– To było… Wow, to było podłe.

W pracy w policji stosuje się zazwyczaj jedną mantrę. „Nie mogę ujawnić szczegółów odnośnie do prowadzonego śledztwa”. Robert jednak wraz z uzyskaniem uprawnień prywatnego detektywa zdecydował, że w śledztwach na zlecenie wszystkie chwyty są dozwolone. Zresztą… była jedna osoba, która nauczyła go kłamać i w procesie nauki nauczył się, że kłamstwo to przede wszystkim narzędzie – to nic osobistego, to nic etycznego, to tylko środek do celu.

– Wykorzystaliśmy to przeciwko Damianowi – wyznał, chociaż nie zamierzał się usprawiedliwiać. – Tydzień później przekonałem Damiana, że Kamil żyje, ale o niczym nie pamięta. Amnezja wywołana zatruciem, szokiem i obrażeniami głowy. Łukasz, jak mówiłem, stał się kozłem ofiarnym, ale zna się na muzyce i obróbce dźwięku. Pomógł nam podrobić trick Damiana.
– Ten trick z nagraniami?
– Tak.

Łukasz po opuszczeniu aresztu wreszcie ogarnął się na tyle, że znalazł kopię wszystkich nagrań. Zaskakujące, do czego zdolny jest człowiek, kiedy zespół abstynencyjny troszkę opadnie i włącza się trzeźwe myślenie – a do tego ma się na karku policję. Był na tyle sprytny, że przechowywał kopię zapasową swoich utworów w Internecie, żeby z Kamilem mogli łatwo wymieniać się plikami.

– Przez kilka godzin sklejaliśmy wypowiedzi, w sumie żaden z nas nie wierzył, że to wypali, ale… – Robert urwał, wspominając sobie rozmowę z Damianem w czasie wspinaczki. – To było dziecinnie łatwe. Łukasz znał Kamila na tyle, żeby ułożyć kilka wiarygodnych zdań, ja poznałem Damiana na tyle, żeby przewidzieć jego reakcje. Zibi użyczył studio, czy to, co z niego zostało, żeby nagrania brzmiały czysto, żeby trochę skorygować ton głosu Kamila…

Zuzia wyprostowała się i poprawiła włosy.

– Czyli złapaliście mordercę, ale co z Zibim? Nie zapłaci?
– Zibi to porządny gość – stwierdził Robert. – Tylko chciwy co niemiara. Próbował sfabrykować dowody, więc troszeczkę go poszantażowałem i… Chyba źle to przyjął. Poza tym prawda jest taka, że nie wysłał mnie do Rybnika, żebym polował na czarownice.

Kobieta westchnęła i pokręciła głową z niedowierzaniem. Tyle godzin roboczych – wszystko na marne. Dobrze, że firma na tym nie ucierpiała.

– Czyli śledztwo zakończone – stwierdziła.
– Tak… Wracamy do roboty.
– Tak jest panie komendancie!
– Przestań.

Wstała i wróciła do swojego biura-tak-jakby-przedsionka.

Robert przyznał przed sobą, że to była całkiem udana zabawa. Mirosław Szczecina mógł dużo więcej narzekać, bo – mimo zadeklarowanego urlopu – prawdopodobnie pozbieranie bałaganu po tym cyrku spadnie wyłącznie na niego. Wyjaśnienie prowokacji, jaką przeprowadzili, żeby złapać Damiana Żarnika, mogło być ekstremalnie trudne przed wszelkiego rodzaju komisjami dyscyplinarnymi. Do tego w prowokacji wziął udział Łukasz – bez mała przestępca, objęty śledztwem w sprawie handlu narkotykami.

Do tego dochodzi próba samobójcza zatrzymanego mordercy, który chyba nie do końca przyznał się do winy. Na nagraniach z prowokacji Damian mówi bardzo wiele, Robert wiele razy analizował każdą wypowiedź i – choć przykro to stwierdzić – nie było to nic, z czego nie dało się wykręcić przed sądem. Tu dużo bardziej obciążające były dowody z poczty elektronicznej i telefonii komórkowej oraz przyłapanie go ze strzykawką w dłoni.

Kątem oka zerknął na swój telefon komórkowy.

Wrócił z „kącika rozmów” do swojego biurka i wybrał jeden z kontaktów w smartfonie.

– Cześć Robert – przywitała go Beata.
– Cześć…
– Coś się stało?

Uniósł brwi zdziwiony. Spodziewał się raczej, że to ona zadzwoni, a jemu przypadnie zaszczyt zadania tego pytania.

– Nie, nic się nie stało. Tak sobie siedzę w biurze i zastanawiam się, kiedy znowu się zobaczymy.
Przyznałem się, że chcę ją zobaczyć. Chwila… Czy ona zamierza mnie rzucić?
– Noo, zawsze chętnie, ale wiesz, jak jest. Ja mam pracę, ty masz pracę… Może zdzwonimy się po południu? Nie mam teraz zbytnio czasu…
Teraz albo wcale.
– Jasne, innym razem – odpowiedział. – Wyślesz mi SMSa, jak znajdziesz chwilę?
– Ta… tak, wyślę.
Szlag. To chyba koniec pieśni.
– To pa – powiedział najbardziej optymistycznie, jak potrafił.
– Papa.

Już wcześniej domyślał się, że Beata może nie być zainteresowana związkiem na odległość, jednak mimo to poczuł dziwny dyskomfort w okolicy karku. Na myśl o ich ostatnim wspólnym dniu poczuł odrobinę żalu, ale też przyjął, że wspólnie spędzone godziny będą miłym wspomnieniem.

Rozmyślania przerwał telefon na biurku.

– Robert, umawiałeś się na dziś z Borysem?
– Oczywiście, że tak. Wpuść, proszę.

Koniec

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *