Zabójstwo w stylu wolnym – rozdział 21

Stał ponownie pod blokiem, w którym mieszkał Damian Żarnik, obserwując zegarek na nadgarstku, do momentu, aż wybije godzina dwudziesta druga. Nie znał zwyczajów chłopaka, ale założył, że nie później niż o północy powinien iść spać. Należało wykonać pierwszy krok planu tak późno, jak to tylko możliwe.

Nadszedł czas.

Popędził po schodach na pierwsze piętro i zapukał do drzwi, zapinając marynarkę w oczekiwaniu na ich otwarcie. W progu stanęła Łucja Żarnik.

– Pan Robert? O co chodzi?
– Dobry wieczór. Obawiam się, że przynoszę nienajlepsze wiadomości, które na pewno zainteresują Damiana.
– Nie mógł pan zadzwonić? – Zdziwiona zrobiła krok w tył i otwarła szerzej drzwi. – Proszę wejść.

Robert przekroczył próg i odczekał, aż starsza pani zamknie drzwi.

– Damian, przyszedł pan Robert!

Młodzieniec po chwili wyszedł ze swojego pokoju. Przywitał gościa zdziwieniem na twarzy, ale zaraz zrobił poważną minę, przygotowując się do rozmowy.

– Przynoszę dwie wiadomości, jedną dobrą, jedną złą. Otóż dzisiaj po osiemnastej w areszcie policyjnym doszło do incydentu… – Dla pewności spojrzał na zegarek. – Ze względu na dużą ilość zatrzymań i aresztowań, musieliśmy zamknąć Łukasza w jednej celi z Wugiem i…

Damian zrobił krok w tył, prawdopodobnie znając odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie zadał. Robert zadbał, żeby nie musiał zadać tego pytania.

– Zgodnie z nagraniami Wugo zaatakował Łukasza w celi, używając plastikowej łyżeczki, którą przez noc zaostrzył na betonowej ścianie.
– To znaczy, że Łukasz…?
– Łukasz nie żyje. Wszystko odbyło się w takiej… ciszy… nim strażnicy zajrzeli do aresztu, Łukasz już się wykrwawił.

Spuścił wzrok na podłogę, udając, że jest mu przykro. Pierwsza część planu została zrealizowana. Przyszła pora na część drugą.

– Pamiętasz, co powiedziałem pierwszego dnia, w mieszkaniu Matuszków? – zapytał Damiana.
– Mówił pan o wielu rzeczach – odparł zapytany.
– Nie wiem, czy to właściwy moment, jutro pewnie się o wszystkim dowiesz. Ty i Zibi, reszta już wie. Kamil żyje. Wiesz, kiedy przyszedłem wtedy do mieszkania i zobaczyłem rozpacz was wszystkich… nie mogłem na to patrzeć i powiedziałem prawdę. Kamil żyje. Po prostu w obawie o jego życie zmyśliliśmy historię o śmierci w szpitalu…

Chłopak spojrzał na Kopczyńskiego podejrzliwie. Starał się zachować pokerową twarz, bo zmagał się ze sprzecznymi emocjami. Czy powinien udać radość z usłyszanej wiadomości, czy sceptycyzm? Z drugiej strony, czy sprawca nie byłby najbardziej sceptycznie nastawiony do takiej rewelacji? Zabił go, wie, że Kamil nie żyje, wie, że detektyw kłamie.

– Na pewno jestem ci winien wyjaśnienia. W piątek przyjechaliśmy tak późno, bo załatwialiśmy sprawy w szpitalu. Chcieliśmy przesłuchać Kamila, gdy tylko będzie to możliwe, ale ocknął się tylko na parę minut i nic nie pamiętał z poprzedniej nocy. Został otruty, wypadł z okna, w szpitalu wymęczyli go lekami, został otępiony środkami przeciwbólowymi. Uznaliśmy, że do czasu rozwiązania sprawy musimy sfabrykować pewne kłamstwo, żeby zapewnić mu bezpieczeństwo. Teraz kiedy Łukasz nie żyje, kiedy mamy pewność, kto jest zabójcą, Kamil jest już bezpieczny. Godzinę temu wrócił do domu.
– Poważnie…? – Makku zdecydował się wreszcie na udawaną radość.
– Poważnie. Jutro pewnie się z tobą skontaktuje, macie płytę do wydania.

Podszedł do Damiana i podał mu dłoń – na pożegnanie, z gratulacjami, na pokrzepienie. Skinął głową, gdy wymienili uścisk, żeby przypieczętować to wydarzenie. Podziękował za rozmowę i pożegnał się – niby po raz ostatni, po czym wrócił do samochodu.

* * *

To nie był sen. To było wspomnienie, które przeżywał od kilku dni, ze szczegółami, których wolałby nie pamiętać. W normalnych warunkach człowiek zasypia i w fazie REM jego umysł zalewają wszelkiego rodzaju chemikalia, upośledzając zdolność do krytycznego myślenia, powiązania przyczynowo skutkowe i wszystko, co sprawia, że zauważamy, że sen nie ma logicznego sensu. Może po prostu w ogóle nie zasnął w ostatnich dniach? Może był to stan zawieszenia, przez który przechodził jak żywy trup.

Męczyło go wspomnienie z czwartku:

Od kilku minut nie potrafił sobie znaleźć miejsca w pokoju. Przechadzał się jak cień, od gitary do komputera, starając się stworzyć zupełnie nową melodię, coś, co porwie tłumy, gdy stanie przed mikrofonem i rzuci pierwsze wersy.

Niestety opanowanie własnego umysłu przychodziło teraz z ogromnym trudem. Zawartość szuflady czekała na swoją kolej, tej nocy, kiedy ma zagrać pierwsze skrzypce w ostatnim utworze Kamila Matuszka. Myśl, czy wszystko zaplanował tak, jak powinien, czy może pozostał gdzieś jakiś szczegół, który zaszkodzi sprawie, nie dawała mu spokoju.

Wreszcie wyłączył komputer i przeszedł do dużego pokoju. Złapał pilot i włączył telewizor. Publiczne stacje puszczały jakieś obyczajowe filmy, komercyjna postawiła na polską telenowelę. Przeskoczył kanał po raz kolejny.

Prezenterka stała przy tablicy z kopertami i literami, wyrzucając z siebie hektolitry śliny i całą masę słów. Każda kolejna podpowiedź zdawała się zdradzać precyzyjnie, o jakie chodzi słowo, ale maszyna losująca dopuszczała do głosu tylko tępawych telewidzów.

– To jest coś, co ma każdy, tak jakby w środku, chodzi o coś niematerialnego, powiedziałabym: metafizycznego – przerwał jej gong. – Niestety nasz czas powoli dobiega końca, już naginamy ramy naszego programu „Twoja kasa”. Wybierz, wybierz już teraz numer podany u dołu. Siedem, zero…
– Co za kicz – rzucił do siebie.
– …wysłanie SMS-a może przybliżyć cię do wygranej – tym razem zadźwięczało coś jakby telefon. – Halo, z kim rozmawiam?
– Mariusz.
– Panie Mariuszu, witam serdecznie, program „Twoja kasa”. Czy zna pan odpowiedź? Przypominam: druga litera „u”, ostatnia „a”.

Wskazała na tablicę w wierze, że dzwoniący siedzi przed telewizorem.

– Czy to będzie słowo „kusza”?
– No, niestety, nie. Do widzenia i życzę powodzenia następnym razem. Proszę państwa, dokładam do puli pięćset złotych, czyli razem do wygrania pięć tysięcy. Pięć tysięcy polskich, nowych złotych, już dziś, już teraz, w tej chwili, w zasięgu twojej ręki. Pod twoim telefonem, zadzwoń…

Przełączył kanał po raz kolejny. Kanał komercyjny. Gdy na ekranie pojawiła się twarz Leslie Nielsena, humor nieco mu się poprawił, ale na krótko. Tym razem stacja nie emitowała komedii z tym aktorem, a raczej jakiś stary film kryminalny z Peterem Falkiem w roli detektywa.

Zrezygnowany rzucił pilot na rogówkę, obok tapczanu i spróbował zagłębić się w fabułę filmu. Oglądając twarz mistrza komedii, utwierdził się w przekonaniu, że Leslie Nielsen był wszechstronny i mógł pasować do każdej roli.

Na napisach końcowych zwlókł się z tapczanu, wygrzebał pilot i wyłączył telewizor. Wrócił do swojego pokoju i złapał za telefon komórkowy. Pozostało wybrać numer, ale przedmiot nagle zaczął ciążyć w dłoni.

Wziął głęboki wdech i wysunął klapkę.

– Tak? – usłyszał po trzecim sygnale.
– Za kwadrans u ciebie? – spytał, udając wesołość.
– Możesz wpaść choćby zaraz. Skończyłem właśnie dopieszczać nowy beat.
– To lajtowo. Posłuchamy razem. Nara.
– Nara.

Kamil musiał zginąć tej nocy. To był rozkaz, jakaś wewnętrzna potrzeba, by właśnie dziś zabić swojego przyjaciela. Ze świadomością, że przyjaźń uznał za zakończoną, zdołał się już nawet pogodzić – słowa, które padły ponad miesiąc temu były jak cios nożem w plecy. Było tylko jedno wyjście.

Jego przyjaciel nie dotrzymał słowa. Mało, że nie dotrzymał słowa, chciał jeszcze zostawić go na lodzie: rozwiązać zespół, który prowadzili od dwóch lat i kontynuować karierę Łukaszem. Kiedyś mówił, że wspólnymi siłami, jak bracia, wyrwą się ze świata blokowisk i zostawią za sobą osiedle w Boguszowicach. Widać innego brata miał wówczas namyśli.

Kontrakt z wytwórnią mógł być spełnieniem tych marzeń, ta jedna płyta pozwoliłaby każdemu z nich zebrać trochę kasy na start, ale Kamil zmienił plany. Popełnił błąd, ignorując zdanie drugiej połowy duetu raperów, te pieniądze były mu potrzebne i jeśli będzie musiał je zdobyć sam, a tym samym pozbyć się kolegi z zespołu…

Przypomniał sobie rok spędzony z kapelą Lost Souls. Muzyka rockowa, prawdziwa perkusja, prawdziwe gitary, prawdziwy wokal i prawdziwe koncerty. Z Ciężką Jazdą tego nie było. Instrumenty były zastąpione samplami z komputera, nie jeździli na występny raperów, ani nawet subkultury hip–hopowej.

Raven Souls skontaktowali się z nim przed jakimiś dwoma miesiącami. Argumentowali – skądinąd słusznie – że nie nadawał się do rapu, że jedyną stroną nowej ekipy był Kamil. Zaproponowali powrót do zespołu. Odrzucił ofertę.

Zabrał pudełko i opuścił mieszkanie. Drzwi zamknął na klucz, mimo że w środku nie było nic, co nadawało się do kradzieży. Nawet komputer. Zresztą kluczem do ich sukcesu było MPD, ale stało u Kamila.

Spojrzał w stronę bloku numer osiem i skierował się właściwą stronę. Czas zacząć. Najpierw nadać rytm perkusją.

Niechętnie zrobił pierwszy krok, ale kolejne przychodziły z większą łatwością. Kamil mieszkał w ostatniej klatce, na ostatnim piętrze. Do lokum prowadziły kręte schody, na planie kwadratu, a wejście sygnalizowały solidne drewniane drzwi z napisem „56 Matuszek”. Na schodach perkusja wpadła w pętlę.

Zapukał trzy razy. Po chwili ciszy otworzył mu Kamil – przyjaciel z gimnazjum, przedstawiciel młodzieży, blondyn o jasnobrązowych oczach i głowie kształtem zbliżonej do rombu. Jeśli się ucieszył, to był w tym bardzo powściągliwy.

– Siema. – przywitał się – Wbijaj.
– Siema, siema.

Chłopak przekroczył próg i zdjął buty. Przyszła pora na bas.

– Mówisz, przygotowałeś nowy beat ? – zapytał w pokoju.
– No, właśnie. Czekaj.

Kamil kliknął myszką, przełączając kilka folderów. Znalazł właściwy, o nazwie „eksperymentalne” i wybrał plik muzyczny o nazwie „delikatne”.

Melodia odpowiadała temu słowu. Pętlę otwierał co prawda ciężki bas, ale esencją było pianino, nadające brzmienie, oraz perkusja. Być może trafniejszym słowem byłoby w tym wypadku „mistycznie”, ale widać, delikatność dźwięku miała być kluczem pełnej wersji.

– Zajebiste. – przyznał, gdy muzyka dobiegła końca. – Masz już do tego słowa?
– Nie. – przyznał – Naskrobałem kilka linijek, ale wersy muszą pasować do beatu. I jeszcze nie dopieściłem przesłania i sensu.
– Duża metafora, czy brak puenty?
– Brak puenty. Mam prawie całą narrację, tylko nie wiem jak zamknąć ten track.
– Na bank coś wymyślisz.
– A jak twoje teksty? – Kamil jakby się ożywił.
– Wiesz, chyba, co się dzieje z moimi tekstami – odparł gorzko.
– No, dobra. Wyluzuj.
– O! A propos!

Otwarł pudełko, prezentując całą zawartość… nie licząc tego, co było pod pierwszym dnem.

– No, no, no… – Kamil cmoknął parę razy – Sprawdziłeś, z jakiego to źródła?
– Spoko. Kumpel załatwił. Podobno zero dodatków. Czysta trawka. Papier zajebałem od starego, kupił do tytoniu i zostawił przed wyjazdem.
– To dawaj.

W pół godziny pokój wypełnił dym i wesołe rozmowy. Być może faktycznie była to wina THC, a może sam fakt słowa „wyluzuj” wpłynął na atmosferę. Przez cały ten czas jakby każdy z nich zapomniał, co miał zrobić.

– Idę się odlać. – rzucił do Kamila, gdy za oknem zniknęły promienie słońca.

W okolicy zaczął krążyć hałas typowy do wieczoru z piłką nożną. Dziś o siedemnastej pięćdziesiąt Polska reprezentacja miała się zmierzyć z Francją, w meczu towarzyskim co prawda, ale mimo wszystko z tą Francją. Musiała się z tym wiązać odpowiednia oprawa – bary wpadały w szał i wszędzie wisiały barwy biało-czerwonych, ludzie śpiewali hymn i skandowali na długo, zanim piłkarze wybiegli na boisko.

Poszedł do toalety, bo tak naprawdę chciał przygotować zawartość drugiego dna pudełka. Stanął przed lustrem, zastanawiając się po raz ostatni czy wybiera właściwą drogę. Sumienie milczało wystarczająco długo, by zdążył napełnić dwie strzykawki czymś, co diler nazwał „kompot”. Położył obie sztuki na umywalkę i wyjrzał przez drzwi do pokoju, po lewej.

Kamil szykował coś jeszcze na komputerze. Zakradł się za jego plecami i zastosował chwyt podpatrzony raz w filmie. Nie pamiętał nazwy, wiedział tylko, że nie może zbyt długo zaciskać rąk na karku Kamila, inaczej go udusi. Do sampli dołączyły skrzypce.

Siedzący na krześle próbował się wyrwać z pułapki, być może przekonany, że to gra – durna zabawa jak za dawnych lat. W końcu i po pijaku i na trzeźwo wielokrotnie odgrywali braterskie pojedynki „o honor”, czy inne podyktowane hormonami pobudki. Wreszcie jednak pojął, że walczy o życie, ale było już za późno. Jego ofiara wierzgała jeszcze kilka chwil, zmuszając go do zmiany postawy, przez co nogą uderzył o blat stołu. Jednak to na nic.

Spojrzał na nieprzytomnego chłopaka i wrócił szybko do łazienki. Plan był dość prosty. Wstrzyknął Kamilowi pierwszą dawkę „kompotu”, a drugą podawał po trochu, na drugiej ręce, zostawiając kilka dziur po igle.

Narkotyk potrzebował trochę czasu na zadomowienie się w organizmie, więc – korzystając z chwili – wrzucił do napędu komputera płytę. Skopiował na pulpit dziesięć plików tekstowych, które przygotował już tydzień wcześniej. Kolejny puzzel budujący podstawy zbliżającej się kariery.

Złapał za drugą strzykawkę i podał Kamilowi drugą dawkę, na drugiej ręce. Otworzył okno i wyjrzał na ulicę. Wokół nie było ani jednego przechodnia. Złapał Kamila pod pachami, gdy ten zaczął już majaczyć, wciągnął go na parapet. Wreszcie wypchnął go na zewnątrz, za nogi i tym samym przypieczętował jego los.

Usłyszał dwa huki – jeden za drugim – gdy biegł w stronę balkonu z telefonem komórkowym Kamila. Podłączył się do sieci wi-fi lokatora i pobrał aplikację o nazwie Easy Call Forward. Jak nazwa wskazywała, wprowadzenie odpowiednich ustawień było dziecinnie proste.

Jeszcze przed upływem minuty, usłyszał gdzieś w oddali wołanie o pomoc i błagania o wezwanie karetki. W związku z tym wyjść przyjdzie mu przez balkon, pod blokiem pewnie już zlecieli się telewidzowie, i tylko chwilę potrwa, zanim ktoś wezwie pogotowie.

Od czasu, gdy uprawiał wspinaczkę, wysokość przestała w nim budzić najmniejsze obawy. Opuszczanie się z balkonu na balkon było proste, w dodatku nikt nie był w stanie go zauważyć – budynek zasłaniały wysokie drzewa. Z kolei mieszkańcy kolejnych pięter byli pewnie zaaferowani tym, co zdarzyło się po drugiej stronie bloku albo rozgrywającym się właśnie meczem piłki nożnej, chociaż w jednym z telewizorów raczej leciała kreskówka – tak przynajmniej sugerowały kolory rozmyte za firanami.

Pół minuty trwało dotarcie do mieszkania, w ciągu której osiedle zatrząsnęło się od okrzyków, gdy Polska reprezentacja strzeliła gola. Otwarcie drzwi drżącymi dłońmi stanowiło wyzwanie. Przez moment nawet żałował, że je zamknął, ale w końcu wpadł do środka i „obudził” komputer. Otworzył folder z nagraniami przygotowanymi na tę właśnie okazję.

Wygrzebał z kieszeni telefon komórkowy i zadzwonił na telefon Kamila. Po czterech sygnałach nastąpiła krótka przerwa, po czym w słuchawce padło krótkie „Easy Call Forward”. Chłopak odczekał, aż nastąpi przekierowanie i w końcu został połączony.

– Halo? – usłyszał po sygnale.

Włączył pierwsze nagranie dźwiękowe z komputera.

– Siema, stary, wpadnij. Mamy trochę zioła – zabrzmiał głos Kamila.
– Nie wiem, czy dam radę. Szykuję nowy tekst.

Włączył drugie nagranie.

– Weź, nie pierdol, tylko wbijaj. Jest czwartek.
– Dobra, zobaczę, co da się zrobić.

Włączył trzecie nagranie.

– Nara
– Nara.

Chyba zadziałało. Kamil czasem używał głupich uzasadnień, co do swoich decyzji i wyraźnie dla Łukasza „jest czwartek” nie wydało się dziwne.

Rzucił telefon w kąt i sprintem wypadł z mieszkania, aż dotarł do pobliskiego sklepiku i z miejsca wyrzucił z siebie trzy słowa.

– Są może chipsy?
– Nie. – odparła sprzedawczyni. – Powiedziały, że nie chcą się z tobą widzieć.

Uśmiechnęła się szyderczo i wskazała półki pod wschodnią ścianą.

– Za chwilę leci mecz na TVP. – wyjaśnił, zbliżając się do kasy.
– Tak. Mąż pewnie będzie oglądał – rozmarzyła się.

Mecz w zasadzie już trwał, ale chłopak chipsy wybierał przez dobre pięć minut. Byle tylko sprowokować ekspedientkę do krytyki i zerkania na zegarek.

– Chłopak, siedzisz tu od ósmej. Bierzesz coś czy nie?

W sekundę potem uznał alibi za wiarygodne.

Dumny z siebie popędził do dużego pokoju i włączył telewizor. Mecz Polska–Francja. Doskonale.

Sprawdziwszy kieszenie, stwierdził, że ma ze sobą wszystko, co było mu potrzebne.

* * *

Z letargu wyrwał go telefon. Od tamtego wieczora pozwalał sobie wcześniej chodzić spać. Kamil miał w zwyczaju targać go nocami po okolicznych „miejscówkach”, czyli odizolowanych zakątkach osiedla, w których mogli spokojnie napić się piwa. Bez rodziców za ścianą, bez sąsiadów wydzwaniających za policją, przy odrobinie szczęścia bez żuli i patoli. Tak, od śmierci Kamila zyskał dużo czasu wolnego, z którym w zasadzie nie miał co robić.

Odebrał.

– Hej, Natasza, co tam, jak tam? – zapytał, udając zadowolenie.

Dziewczyna Kamila.

– No, hej, pewnie już słyszałeś co i jak z Kamilem?
– Tak, to niesamowite – przyznał.
– Słuchaj, to trzeba opić. Z Kamilem szykujemy na jutro małe spotkanko. Będę ja, jego siostra, Marcin i Kaśka, także w sumie liczymy, że ty też będziesz.

Brzmiało to tak pięknie, że było wręcz niemożliwe. Czy to jakaś gra?

– Oczywiście, że będę! – zablefował.
– Suuuper! – usłyszał w odpowiedzi. – To jutro zbieramy się pod naszym blokiem i myślę, że na początek skoczymy za garaże, potem ewentualnie poszukamy jakiejś miejscówki na ognisko.
– Jasne, mi to pasuje…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *