Zabójstwo w stylu wolnym – rozdział 20

Żarty się skończyły. Gdy stał tak przy biurku zastawionym różnymi gratami związanymi ze śmiercią Kamila, zadecydował, że aresztowanie Łukasza – chociaż słuszne zważywszy na jego wybryk i szemraną przeszłość – stawia niewłaściwą osobę na ławie oskarżonych. Robert nieustannie upierał się przy tym, że mordercą jest Damian i miał co do tego kilka poszlak, które należało ułożyć w logiczną całość i ustalić jakiś dowód, a jeśli to okaże się niemożliwe, będzie musiał zastawić pułapkę.

Przebieg wydarzeń z tamtego dnia był chaotyczny, ale dawał się ułożyć w swego rodzaju chronologię niezaprzeczalnych faktów.

Pierwsza i jedyna bramka meczu towarzyskiego padła o ósmej jeden, kiedy trwała akcja ratunkowa pod blokiem, co dowodzi, że Kamil wypadł z okna około godziny ósmej. Niemal na sto procent o ósmej zero-zero. Zgodnie z zeznaniami Łukasza, co potwierdzone zostało billingami, Kamil zadzwonił o ósmej trzy, żeby zaprosić kolegę z zespołu na spotkanie. Mieli wspólnie jarać trawę.

Ale… jak to jarać trawę? Pytanie to odbiło się echem w głowie Roberta, przez co od razu sięgnął po notes Mirka, żeby odnaleźć notatki z zeznań. Musiał przyznać, że jego pismo jest dużo bardziej estetyczne niż, cóż, na przykład rysunki domków.

Jest.

Kamil zaprosił mnie na zioło. Mieliśmy spędzić kilka godzin, jarając trawę.

Tylko że to totalnie bez sensu. Czy Kamil na pewno sugerowałby zażywanie używki koledze, który zmagał się z nałogiem? Czy może uznał, że marihuana może być odskocznią od mocniejszych substancji, swego rodzaju klinem?

Jakąkolwiek formę terapii przyjął Łukasz, wyraźnie działała, bo wśród papierów w końcu – od kilku minut – były też wyniki testów na obecność narkotyków. Łukasz wyraźnie nie zażywał dragów uchodzących za miękkie, ale także te popularnie określanymi jako „twarde”, przy czym świadczyły o tym głównie badania moczu. Badanie krwi dowodziło, że chłopak miał niezłe doświadczenia z oboma gatunkami, chociaż za konesera raczej nie mógłby uchodzić. Zatem w ostatnich tygodniach jego styczność z narkotykami ograniczała się do handlu, zapewne w obawie przed zerwaniem stosunków biznesowych z Leonem i Babcią.

Zatem: ósma albo tuż przed ósmą – Kamil wypada z okna mieszkania, ósma jeden – bramka w meczu towarzyskim, ósma trzy – Kamil dzwoni do Łukasza.

Dopiero po tym telefonie Damian Żarnik pojawia się w ogóle na mapie zeznań świadków – przedstawił swoje alibi jako wizytę w lokalnym sklepiku spożywczym, gdzie kasjerka powiedziała, że od ósmej wybiera chipsy „do meczu”. Sęk w tym, że ekspedientka w zeznaniach sprostowała to stwierdzenie – powiedziała tak chłopakowi, bo chciała się go pozbyć, każdy klient, który za długo wałęsa się po tak małym sklepie to idealny materiał na złodzieja. Do sklepu przyszedł o ósmej cztery.

Ósma trzy – telefon, minuta rozmowy, ósma cztery – Damian przychodzi do sklepu, do którego ma bardzo blisko.

Robert już wcześniej zwrócił na to uwagę Szczecinie, według tej chronologii Damian nie ma alibi na czas wypadku, a Łukasz ma powód, żeby dopiero przyjść do mieszkania Kamila. Problem: nikt nie potrafił zeznać, czy na pewno Luks przyszedł pod blok, czy może z niego wychodził. Tylko skoro Damian zabrał ze sobą telefon Kamila, kiedy go podrzucił z powrotem?

Wygrzebał z jednego pudła, które Mirek uprzejmie oznaczył jako „graty Kamila”, przedmiot, z którego zapewne wykonane było połączenie. Smartfon. Badania daktyloskopijne dowiodły, że telefon był ostatnio w różnych dłoniach, zapewne w myśl zasady „stary, podaj mi telefon”, albo „synku, nie zostawiaj telefonu w kuchni, masz”. W związku z tym na urządzeniu znaleziono odciski palców wszystkich domowników, Damiana, Łukasza, kilka fragmentów niedopasowanych do żadnej z tych osób. Robota głupiego i w zasadzie żaden dowód.

Urządzenie przechowywało wcześniej kartę pamięci, ale informatycy zadbali o jej zbadanie wzdłuż i wszerz. To niewiele znaczyło, pomimo że chipy przechowują dane w podobny sposób co zwykłe dyski twarde – system solidnie ukrywa plik przed użytkownikiem – ciągła wymiana plików spowodowała, że zachowało się jedynie kilka starych fotek.

Telefon nie był zabezpieczony PINem ani wzorem, do odblokowania ekranu wystarczy przejechać palcem od dołu ekranu do góry. Dopiero po odblokowaniu ekranu Robert uświadomił sobie, że cały ten czas myślał kategoriami starych dziadów, którzy pierwszy raz dostają do ręki komórkę.

Ekran smartfonu przyozdobiony był ikonkami trzech aplikacji social media, serwisów streamingowych wideo, muzyki, a także kilku programów, które pobiera się z internetu, by nigdy z nich nie skorzystać. Tu właśnie sprawca popełnił błąd. Najnowsza zainstalowana aplikacja zawsze trafia na ekran główny.

Easy Call Forward.

– Sukinkot – wymamrotał Robert.

Od razu skarcił się w myślach, że wcześniej nie sprawdził takiej pierdoły. W programie ustawione było przekierowanie.

– Co jest? – Mirek przerwał spisywanie raportu, słysząc poruszenie partnera.

Robert w ramach wyjaśnień złapał swój telefon i wybrał numer do Kamila. Telefon komórkowy zaczął buczeć, dając znać wibracjami o połączeniu przychodzącym, jednak po czterech sygnałach w pomieszczeniu rozległo się drugie buczenie, tym razem w pudle oznaczonym jako „graty Łukasza”.

– Dasz wiarę? – powiedział Robert wysokim tonem.
– Co to jest? – Mirek wstał i zaczął grzebać w kartonowym pudle.

Telefon, który odnalazł, oznajmiał połączenie przychodzące od Kamila Matuszka.

– To cholerstwo nie powinno czasem pisać, że to ty dzwonisz? – zdziwił się Mirek.

Robert się uśmiechnął krzywo. Wszystko zależy od tego, jak działał program do przekierowań. Na pewno nie brakuje żartownisiów, którzy ustawiali sobie w telefonie przekierowanie na drogie połączenia zero-siedemset. Dlatego operatorzy wyświetlają numer pośrednika – żeby to pośrednik zapłacił za ustawione przekierowanie.

– Wiedziałem, że coś jest nie tak z tym śmierdzącym telefonem o ósmej trzy – oznajmił Robert z triumfem. – Damian użył aplikacji do zasymulowania telefonu na odległość!
– Robert, ty znowu… Przecież mógł po prostu wziąć telefon ze sobą.
– Tylko wtedy musiałby znaleźć okazję, żeby go oddać.
– Ech… kiedy wgrano aplikację? Można to sprawdzić?

Kopczyński rozpoczął poszukiwania w ustawieniach.

– Ósma jeden, w noc śmierci Kamila.
– Sukinkot.
– No, wiem!

Młodzież dzisiaj nie przepada za dzwonieniem. Znacznie wygodniej jest wysłać wiadomość tekstową – najlepiej nie przez sieć telefonii komórkowej, raczej przez komunikator mediów społecznościowych. Krótka weryfikacja połączeń przychodzących i wychodzących w telefonie Kamila tylko to potwierdzała. Pojedyncze połączenia przychodzące, wychodzące – raz na tydzień, raz na kilka dni.

Odłożył telefon na biurko, rozważając kolejne możliwości.

Sprawca zadzwonił na telefon Kamila, przekierowało go do Łukasza, i tak udało mu się zwabić go na miejsce zdarzenia. Zadziałało. Tylko jak udawał głos Kamila? Czy Łukasz dałby się nabrać, gdyby w słuchawce usłyszał pseudo-modulację w wykonaniu kolegi z zespołu? To chyba trochę za mało. Damian ma dobry głos, zbyt dobry, żeby zejść do sarkastycznego tonu Kamila – przynajmniej w utworach muzycznych łatwo ich od siebie odróżnić.

– Jak Damian mógłby udawać głos Kamila? – zapytał na głos Mirek.
– Wiesz, mam jeden pomysł… Idziemy pogadać z Łukaszem!
– Co?!
– To, co słyszałeś.

Robert obrócił się na pięcie i skierował się na korytarz, a następnie schodami w dół i do północnego skrzydła budynku. Komisarz, szemrając pod nosem, rzucił się za nim biegiem, byle tylko zdążyć z przepustkami, bo jego towarzysz wyraźnie zapomniał, że w okolicach aresztu prędzej zarobi kulkę, niż przejdzie przez kraty.

Przy biurku umieszczonym w „izbie przyjęć”, Mirek dał znać aspirantowi, że zamierzają wyciągnąć na rozmowę jednego z zatrzymanych. Po otwarciu krat przeszli jeszcze jednym korytarzem w towarzystwie mundurowego do cel w następnym pomieszczeniu. Już w połowie drogi ich uszu doszedł podejrzany harmider, który nasilał się wraz z każdym krokiem.

W pewnym momencie rzucanym wyzwiskom zaczęło towarzyszyć skandowanie, klaskanie, tupanie i brzęczenie prętów. U szczytu korytarza musiał czekać jakiś pokaz, który był miodem na aresztowane w tym tygodniu serca i – jak na potwierdzenie – ich trójkę minął jeszcze jeden policjant.

– Dawaj ze mną – powiedział do gliniarza eskortującego detektywów.

I tak obaj puścili się biegiem do pomieszczenia na końcu. Całe szczęście izolatki po obu stronach korytarza były puste bądź wypełnione introwertycznymi aresztantami, bo w tej trasie nikt nie dołączył do skandowania.

– Dość tego!
– Odsunąć się od krat!

Zadzwoniło jeszcze raz, gdy przekroczyli próg do cel nieizolowanych. Tutaj zamiast ścian były kraty, przez które łatwiej można było obserwować zatrzymanych i tym możliwe było zamontowanie kamer skierowanych na cele tak, by sami aresztowani nie mogli przy sprzęcie majstrować. Pomieszczenie składało się z sześciu obszernych cel – trzy po lewej, trzy po prawej, oddzielone ścianami działowymi.

Policjanci zdążyli już wskoczyć do środkowej celi po prawej stronie, żeby rozdzielić bijących się ze sobą więźniów. Po krótkiej inspekcji okazało się, że to nikt inny jak Wugo i Luks – dilerzy z Boguszowic.

– Dopadnę cię gnoju! Podrzuciłeś mi te pieprzone osłonki! – Wugo wyraźnie nie zamierzał odpuścić, mimo dźwigni na ręce i pałki na karku. – Zniszczę cię!

– Wal się na ryj, gdyby nie pały to ciebie by wynosili! – odszczekał Luks.

Jednak miał rację. Twarz Jerzego Buły puchła zdecydowanie szybciej, niż zmieniały się przebarwienia pod okiem Łukasza. Ciekawe kto miał ten genialny pomysł zamknąć ich w jednej celi?

– Mamy ich jak rozdzielić na inne cele? – Mirek wyczytał w myślach Roberta.
– Jak się nie dogadają, trafią dużo gorzej, niż mają.

Komisarz odruchowo zlustrował okolicę i przyznał rację strażnikowi. W pozostałych „apartamentach” siedzieli sami weterani, przy których młodociani handlarze ziołem mogli co najwyżej polerować królewskie berło. Dosłownie i w przenośni.

– Łukasz, z nami. Jurek zostaje – rozkazał Mirek.

Wyprowadzili go jedynie do biura przyjęć, żeby nie targać chłopaka po całym budynku. W końcu i tak był nastawiony na to, że pomaga bardziej sobie niż policji. Chyba. Szczecina posadził młodzieńca na jednym z krzeseł dla przyjmowanych.

– Powiedz mi, jak wyglądała twoja rozmowa telefoniczna z Kamilem – poprosił Robert.
– Co?
– Gówno, słyszałeś mnie dobrze – Robert odparł wciąż z uprzejmym tonem.

Łukasz zrobił wielkie oczy i zmarszczył brwi.

– Ale co konkretnie chcecie wiedzieć? – zapytał zdezorientowany.
– Dzyń, dzyń, odbierasz telefon, co mówisz? – Mirek przerwał ich dyskusję.
– Yyy… no… mówię „halo” – odparł Łukasz.
– Cudownie, co powiedział Kamil? – zapytał Robert, dosiadając się obok.

Łukasz zamknął oczy, wracając do ostatnich słów, jakie usłyszał od przyjaciela. Skupienie się w tych warunkach było wystarczająco trudne, a do tego od rana męczył go głód, który był w stanie zaspokoić jedynie adrenaliną i kortyzolem. W tej sytuacji jednak musiał odnaleźć wspomnienie, które chciał zapamiętać, a jednak nie potrafił – przez co jedynie czuł się jak śmieć, nie pamiętając ostatnich słów przyjaciela. Po kilku sekundach mamrotania, w końcu zdecydował się na definitywną wersję tej rozmowy.

– Na pewno powiedział „siemano”. Powiedział, że mam przyjść do niego na jaranie, bo ma świetne zioło. Jakoś tak.
– Zgodziłeś się? – spytał Robert.
– Na początku powiedziałem, że nie. Nie chciałem jarać, bo podobno przy odwyku nie powinno się ryzykować innych nałogów. W sumie to…

Odczekali kilka sekund, aż Łukasz przedstawi „sumę”, o której wspomniał, ale ta wyraźnie została podzielona na szczątki wspomnień, o których podejrzany nie zamierzał wspomnieć.

– W sumie?! – Robert wyrwał chłopaka z letargu.
– A, tak. W sumie to dziwne, bo to był jego pomysł. No, to unikanie zioła. Zazdrościłem mu, bo on sobie mógł pozwolić z Makkiem na jaranko, a ja… Dziwne. Żeby tak po prostu? Chyba nie zapomniał?

Robert odnotował w tym momencie, że Damian nie wiedział o odwyku kolegi z zespołu. Dlatego też mógł chcieć go zwabić tym, co zawsze zbliża znudzonych życiem blokersów.

– Ale się zgodziłeś? – zapytał Mirek.
– No, przekonał mnie.
– Jak?

Łukasz wpadł w kolejną zadumę, aż w końcu znalazł odpowiedź. Jednak uświadomiwszy sobie argument, który go przekonał, wypełnił się kolorem wstydu i zażenowania.

– Powiedział, że mam przyjść, bo jest czwartek. – Ukrył twarz w dłoniach. – Chciałem iść do niego jarać zioło, bo powiedział, że jest czwartek… Kurwa…

Zapewne, gdyby mógł, właśnie teraz spaliłby się ze wstydu.

– Znaczy, ty mówisz „nie”, Kamil mówi „przyjdź, jest czwartek” i kończycie rozmowę? – upewnił się Robert.
– Tak… – wystękał chłopak przez łzy. – Powiedział „nie pieprz głupot, przychodź, jest czwartek”. – Nieoczekiwanie znalazł odrobinę euforii w ironii. – Przecież czwartek to nawet nie jest weekend. – Zaśmiał się nieco histerycznie i zmierzwił włosy. – Kiedy dotarło do mnie, że zabił się moją działką, zacząłem mieć dziwne myśli. Po paru tygodniach na głodzie mam problem z kojarzeniem faktów… – Ponownie zaczął łkać. – W pewnym momencie pomyślałem… pomyślałem, że może to ja go zabiłem…? Próbowałem sobie przypomnieć, co robiłem, jak szedłem pod jego blok, o czym myślałem… Dlaczego dałem się namówić… Czy faktycznie do mnie dzwonił? Przecież mówiliście, że nie mógł, bo już wtedy umierał… Potem znalazłem osłonki do igieł i już kompletnie mi odbiło… Ja…

Kopczyński i Szczecina w milczeniu wymienili spojrzenia. Mimo wpadnięcia w histerię chłopak dał się odprowadzić do celi.

Robert przez kilka sekund obserwował, jak zachowują się ci dwaj w naturalnym habitacie – Wugo wyraźnie po konfrontacji nabrał dystansu do Łukasza, pytanie tylko jak zachowa się wieczorem, albo i później, gdy współwięzień zaśnie. W zasadzie współczuł Luksowi takiego obrotu zdarzeń, chociaż wciąż powtarzał sobie, że tak czy owak, zasługuje na pobyt w celi.

W zadumie odwrócił się w stronę korytarza, gdzie Mirek stał w progu, oczekując na koniec tej wizyty. „Nie pieprz głupot, przyjdź, jest czwartek” – pomyślał, po czym załapał sens tych słów. Myśl ta szybko przebiegła między kawałkami jego mózgu, a następnie wprawiła w ruch nogi, zachęcając go do biegu z powrotem do dowodów rzeczowych. Także tym razem Mirek wymamrotał kilka uwag, nim rzucił się w pościg za Kopczyńskim, jednak tym razem nie zdążył go dogonić, bo ten już odpalał komputer przy biurku Mirka.

– Co tym razem? – wysapał komisarz. – Właśnie przebiegłem więcej kilometrów niż przez ostatnie dwa tygodnie.
– Kawałek jest stary, ale chodzi o co innego – odpowiedział Robert.
– O co?
– Posłuchaj tego.

Przy komputerze odpalił głośniki dopiero po włączeniu odtwarzania, ale też od razu przewinął do połowy utworu, żeby nie męczyć Mirka piosenką o jaraniu zioła, ale od razu przejść do rzeczy.

Raperzy i DJ’e w swoich utworach często używają cut-y, od angielskiego „cut” – ciąć, wycinek, fragment. Są to krótkie wypowiedzi, fragmenty melodii, odgłosy tłuczonego szkła, wszelkiej masy okrojone pliki dźwiękowe, wrzucane do utworu w formie swego rodzaju muzycznej mozaiki, do tego nieraz przyozdobione skreczami – odgłosami drapania płyty winylowej.

W utworze o marihuanie pojawia się kilka takich „cut-ów”, złożonych z wypowiedzi Kamila i Damiana, co zostało potwierdzone w połowie piosenki.

– Stary, ale towar… – wyjęczał raper.

Wypowiedź została przerwana skreczami.

– Ano, mamy trochę zioła… – potwierdził Kamil, nim znów został przytłumiony drapaniem winylu. – W-w-we-w-weź nie pierdol… – po chwili dołączył remix innej wypowiedzi.
– Stop. Stop, stop, stop. Co to ma być? – Szczecina wyłączył głośnik.
– To jest genialne – odparł Robert.
– Niby co?
– Nie słyszałeś? – Robert nachylił się nad biurkiem, by włączyć na powrót głośnik, ale ręka Mirka i wyraz jego twarzy z uporem Gandalfa oznajmiały, że nie ma prawa wstępu do tej strefy. – Słuchaj, raperzy nagrywają różne wypowiedzi, żeby potem je pociąć na kawałki i puścić w utworze, zmiksowane z różnymi odgłosami.

Mirek mimowolnie obrócił pokrętło głośnika w drugą stronę, by znów usłyszeć utwór Ciężkiej Jazdy. W tekście raperzy zawarli rekonstrukcję libacji, którym towarzyszył odgłos drapania winylu – zapewne wygenerowany komputerowo. Wyłączył głośnik.

– Jestem pewien, że i Kamil i Damian i Łukasz mają na komputerach całą masę tego typu durnych tekstów. Wystarczy skleić kilka i bum, możesz dzwonić do kumpli udawać kogoś innego.

Robert klasnął w dłonie podekscytowany rozwiązaniem tej zagadki.

– I jak chcesz się przygotować do rozmowy na żywo? Przecież nie ułożysz miliarda kombinacji słów do każdej możliwej odpowiedzi – powątpiewał Mirek.

Detektyw wykonał radosny piruet, ale na słowa komisarza zatrzymał się w połowie obrotu.

– Ohoho… to jest genialne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *