Śledztwo sprzed lat – rozdział 22, Epilog

Nie było problemu z przeszukiwaniem reszty pomieszczeń, jednak Wojtek zapamiętał to jedynie jakby przez mgłę. Gdzieś w oddali ktoś znalazł Olgierda Gołębiewskiego, albo raczej to, co z niego zostało.

Leżał w strefie Ostrowskiego. Głowę miał rozpłataną na dwoje, przez środek, a narzędzie zbrodni leżało obok. Morderca o godzinie 10:47 mógł odnotować ujawnienie piątej ofiary. Wokół nie było nawet czego szukać. Pomieszczenie było wręcz pełne od krwi, a do PGR–u już zaczęły zachodzić tłumy ludzi. Część zresztą stanowili jego stali bywalcy – bezdomni.

Chłopak nie mógł znieść wydarzeń, które właśnie nastąpiły, podjął decyzję o powrocie do poprzedniej wersji śledztwa.

Komendant odebrał natychmiast.

– Udało się komuś z was ustalić… – zastanowił się moment – Czy wiadomo już co z Masłowskim?
– Cieszę się, że dzwonisz. Otóż funkcjonariusz o takim nazwisku nie istnieje.

Nogi Wojtka wmurowały się w ziemię.

– Jak to? – spytał.
– Kilka lat temu był posterunkowy Masłowski w Katowicach, ale odstrzelił go jakiś bydlak podczas akcji.
– Jakieś szanse, że to ten Masłowski?
– Zerowe. To był żółtodziób, ruszył do pościgu bez wsparcia, radio zostawił w samochodzie. Zakładam, że twój Masłowski zmienił nazwisko jeszcze zanim przyjechał do nas.

Chciał już podziękować, ale głos zastygł mu na ustach. Jak można dziękować za wiadomość o czyjejś śmierci?

Gdy się rozłączył, stwierdził, że coś tu poważnie nie pasuje. Martyna Lipska zdaje się, była święcie przekonana, że jej przyjaciel nie zostanie złapany, ale nie brzmiało to tak, jakby broniła kogoś, kto nie żyje. Czyżby gdzieś jeszcze popełnili błąd? Jednak było coś, co mogło mu pomóc.

– Panie Ostrowski! – zawołał podkomisarza.
– Co jest? – spytał tamten.
– Miałbym prośbę, aby dokładniej pilnować bezpieczeństwa Klaudii. Zdaje się, że porywacz będzie chciał po nią wrócić.
– Zajmiemy się tym. To wszystko?
– Nie. Słyszałem, że pracował pan w Zabrzu. I wydaje mi się, że pełnił pan służbę w tym samym czasie co Masłowski.
– Możliwe, ale chyba graliśmy na innych komisariatach.
– Czy pan też rok temu został wezwany na jakąś akcję z pseudokibicami?

Podkomisarz zamyślił się, jakby sięgając do zakamarków pamięci. Faktycznie nie należał do ludzi zbyt rozmownych i skłonnych do zwierzeń.

– Tak, byłem. Następnego dnia dostałem przeniesienie do Katowic z tego powodu.

Wojtek nadstawił uszu.

– Przeniesienie z powodu kiboli?
– No, niestety. Dostałem przeniesienie, zanim jeszcze wróciłem na komendę. Ktoś z przełożonych wolał mnie trzymać z daleka… od… pobić…
– Z powodu tamtej przygody z nożownikiem?
– Tak, skąd wiesz?
– W Katowicach ktoś mi o tym opowiadał, ale z Masłowskim się pan nie spotkał?
– Podczas pracy w Zabrzu nie spotkałem nikogo takiego.

Chłopak odszedł do swojego samochodu gotów do dalszej podróży. Tuż obok stanęła Klaudia.

– Będę pod stałą opieką zespołu śledczego – powiedziała spokojnie. – Rzeczywiście tym razem było o włos od siódmej ofiary.

Wojtek spojrzał za siebie, obserwując różnych policjantów, w tym dwa zespoły śledczych z różnych miast. Musiał zamienić z Klaudią kilka słów, ale nie chciał przy tym, żeby słuchali ich mundurowi, którym już dawno przestał ufać.

Musiał jej powiedzieć coś, co nie dawało mu spokoju już od czasu zdarzenia z Marcinem Wroną. Coś, co powoli nabierało kształtu, który mu się nie spodobał, a którego nie mógł zlekceważyć. Znalazł się na bardzo wątłym gruncie i każdy kolejny krok mógł się skończyć katastrofą.

– Klaudia, pamiętasz, co komisarz Ostrowski mówił po wypadku we Wrocławiu? – spytał Wojtek.
– Dość dużo mówił, coś tak kojarzę – przyznała dziewczyna.
– Chodzi mi konkretnie o to, co mówił o nieudanej ucieczce Wrony.

Zmarszczyła brwi w poszukiwaniu wspomnień z tamtego dnia.

– Mówił, że to bez sensu, bo i tak by nam nie uciekł.
– Może to głupie, ale… – Wojtek urwał. Nie był gotowy na to oskarżenie, ale musiał powiedzieć dziewczynie prawdę. – Powiedział „po co Marcin wskoczył do wagonu”. Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że…
– Marcin był jego kumplem? – Klaudia odczytała jego domysły.
– Tego właśnie nie rozumiem. Użył jego imienia. Mógł je ominąć, mógł go nazwać „gościu”, albo „facetem”, ale nazwał go imieniem. Jakby traktował to wydarzenie osobiście.
– Wojtek…
– No?
– Boję się.

Objął ją w ramionach i przytulił mocno. Teraz, w tej chwili również bał się bezgranicznie, ale mówiąc o tym na głos, tylko pogorszyłby sprawę. Od dłuższego czasu rozważali, że morderca ma wtykę w policji, jednak, co gorsza, mógł to być podkomisarz Ostrowski.

Wojtek raz jeszcze zadał sobie pytanie, gdzie był śledczy, kiedy usłyszeli strzał, kiedy tajemnicza Honda odjeżdżała, kiedy Klaudia ukryła się w ostatnim budynku. Co, jeśli…? To bez znaczenia. Jeśli Ostrowski jest w to zamieszany, nie pomoże nawet rozmowa z Zalewskim. Potrzebne są dowody.

– Trzymaj się blisko komisarza. – poprosił. – Znajdę tego drania i wrócę szybciej, niż się zorientujesz. Okej?
– Okej.

Chłopak wreszcie zdał sobie sprawę, że poszukiwany doskonale wiedział co będzie i zaplanował to pod siebie. Znał go na tyle, by poświęcić dobrego policjanta i wypłoszyć go z kryjówki. Kto wie, czy w tym szaleństwie nie było jakiejś metody?

Gdy wsiadł do samochodu, wiedział, że przeglądanie listy znajomych Martyny Lipskiej było bezcelowe i nie ma nic wspólnego z całym tym bałaganem. Tylko śmierć Masłowskiego nie dawała mu spokoju. Przecież sprawca sam się przyznał do tej tożsamości.

* * *

Dotychczas policja kontynuuje poszukiwania seryjnego już zabójcy nauczycieli. Z ujawnionych nam informacji wynika jasno, że nie ma on nic wspólnego z Martyną L., która oczekuje w areszcie na proces za utrudnianie śledztwa.

Niezależni świadkowie potwierdzają też, jakoby jutro miało dojść do ostatniego zabójstwa z ręki nieznanego dotąd sprawcy. Komisarz Zalewski i współpracujący z nim ludzie nie chcieli nam uchylić choćby rąbka tajemnicy, skądinąd jednak wiemy, że Klaudia Harbińska, znajduje się obecnie pod stałą opieką policji w Wodzisławiu Śląskim.

Ostatnie informacje, już niepotwierdzone wskazują, że porywaczem–mordercą jest ktoś pracujący w komendzie w Wodzisławiu Śląskim.

Najgorszy scenariusz rozegrał się już wczoraj, gdy wieczorem jedno z mieszkań na osiedlu Dąbrówki w Wodzisławiu dosłownie eksplodowało. Przyczyną był wybuch gazu kuchennego, który prawdopodobnie ulatniał się wewnątrz od kilku godzin. Na miejscu znaleziono niezidentyfikowane dotąd ciało i niewykluczone, że jedynie analiza DNA pomoże w ustaleniu jego tożsamości. Według świadków musi to mieć czysty związek ze sprawą porwań.

Nikt nie przeżył ataku mordercy. Jak dotąd.

– Jasne, że nie przeżył. – mruknął pod nosem Wojtek, po czym wykręcił w kierunku Zabrza.

Jedyną pociechą telewizji i radia był fakt, że teraz wszyscy są święcie przekonani o skuteczności sprawcy i przestano się wreszcie interesować postacią Wojtka w całej sprawie. Tylko komendant wojewódzki wiedział o prawdziwym celu podróży właściciela czerwonego Opla Astra, rocznik dziewięćdziesiąt cztery.

Odnalezienie Urzędu Miasta trwało najwyżej pół godziny. Miasto rozwijało się z każdym dniem i zapewne za kilka lat dorówna obecnemu stanowi Katowic. O ile same Katowice się nie rozrosną.

Na wejściu oczekiwał na niego lokalny mundurowy, zapewne bardziej w roli stróża prawa niż pomocnika. Policjant przywitał się, salutując jak do wyższego oficera, po czym wybuchnął śmiechem.

– Kto wie, może kiedyś. – powiedział mu, całkiem poważnie, Wojtek i minął go w wejściu.
– Z tej strony pewnie nawet pan nadinspektor cię nie zna młody. Sierżant sztabowy Gałązka będę ci towarzyszył przy igraniu z ogniem.
– Nikt mnie z tej strony nie zna – przyznał bardziej przed sobą niż policjantem. – Długo pracuje pan w lokalnej policji?
– Będzie już z siedem lat, po cichu nawet liczyłem na awans.
– Co mówi panu nazwisko Masłowski?
– Kojarzę kilku Masłowskich. Jeden jest na emeryturze, dwóch pozostałych sprawdzaliśmy jako osoby zainteresowane.
– Byłoby łatwiej, gdyby po tym facecie został jakiś PESEL, co nie? – Wojtek uśmiechnął się krzywo.

Chłopak zatrzymał się w pół drogi do schodów. Pokręcił głową i ruszył dalej. Zatrzymali się przed drzwiami działu kierowniczego.

– Sprawiedliwość przodem. – zachęcił go gliniarz.
– Skoro tak…

Donośnie zapukał i otworzył drzwi, nie czekając na „proszę”. W środku panował porządek jak u nałogowego pedanta, ale zapewne nie było problemu ze znalezieniem odpowiednich danych. Prawdziwa i solidna organizacja pracy. Być może.

– Dzień dobry panu, Wojciech Plura w sprawie pewnych akt osobowych, to jest posterunkowy Gałązka. Potrzebny nam wgląd do danych podkomisarza Masłowskiego zmarłego dokładnie rok temu.
– Zabawne, powiem wam panowie, że szukając danych osobowych sprzed lat, łatwiej jest szperać w ZUS–ie niż w urzędach lokalnych. ZUS znajdzie wszystko.
– Zabawne? – sapnął Wojtek. – Jest coś zabawnego w tym, że policjant nie żyje? Proszę odnaleźć dane pana Pawła Masłowskiego. O ile do tego czasu nie zdążył jeszcze zmienić nazwiska.

Kierownik skulił się zawstydzony. Przejechał palcami po klawiaturze, po czym stwierdził wystarczająco dosadnie.

– Pan Paweł Masłowski zawsze nazywał się Paweł Masłowski, a nikt inny o takim nazwisku u nas nie pracował. Przykro mi.
– W sumie to nie jestem zdziwiony… A pan Paweł zdaje się, został tu przeniesiony z innej placówki?
– Rzeczywiście został przeniesiony. – przyznał posterunkowy.
– Aha, sprawdzę tylko… uhm. No tak. Przeniesiony. Z Gliwic.
– Czy macie gdzieś aktualne zdjęcie tego waszego podoficera? – Wojtek spytał posterunkowego.
– Myślę, że jedno się znajdzie… – odparł mundurowy.

Podziękowawszy, opuścili biuro kierownika i udali się schodami w dół.

Sierżant poprowadził Wojtka do holu głównego i wskazał jeden z obrazów. Chłopak, przechodząc tędy wcześniej, zignorował tę fotografię, jednak teraz przyjrzał się jej najuważniej jak to tylko możliwe. Już pierwsze spojrzenie pozbawiło go oddechu.

Było to zdjęcie pamiątkowe, ku czci zmarłego. Portret Masłowskiego w mundurze prawdopodobnie z dnia nominacji. Miał rude włosy i krzaczaste brwi. Kolor oczu niebieski, chociaż tu i ówdzie widoczne były szare plamy na tęczówkach.

– Kto go zidentyfikował? – spytał ostrożnie.

Posterunkowy odchrząknął.

– Nie było powodu go identyfikować. Miał przy sobie dokumenty… Co prawda wszystko było zababrane krwią, ale dane były czytelne. Zdjęcie legitymacji zgadzało się z twarzą.

Wojtek przyglądał się fotografii, zastanawiając się, czy rzeczywiście warto podjąć pracę w policji. Trzymanie się rygoru, wypisywanie mandatów, przyjmowanie cięgów w równym stopniu od przełożonych co od przestępców, prace nocą. Koniec końców twoje zdjęcie ląduje na ścianie płaczu, którą inni mijają beznamiętnie.

– Kręcisz się czasem przy Ostrowskim? – zapytał Barciak.
– Tak, to swój chłop – skłamał od razu.
– Ta, słyszałem o nim historię.
– Tę z nożem? – podchwycił chłopak.
– Tak, tą z nożem. Facet był podkomisarzem, ale jak gość rzucił się na niego z nożem, nie pozostał mu dłużny. Wetknął mu nóż w japę i rozerwał policzek. Paskudna sprawa.

Posterunkowy palcem wskazującym zademonstrował ruch tnący po lewym policzku.

– Słyszałem, że przez to musiał się przenieść do Katowic. Potem przeniósł się do Wodzisławia Śląskiego – dokończył Wojtek.
– Ano. Przenosiny to tak jakby jego rzecz – przyznał policjant. – Podobno wcześniej pracował w Wiśle i też wyleciał z hukiem, ale już z innego powodu.

Wojtek uśmiechnął się, zastanawiając się, za co to mogło być. Zaraz jednak zreflektował się nad słowami, które chodziły za nim od kilku dni.

Ostre masełko.

– Chyba sobie jaja robisz – powiedział do siebie.
– Nie, serio mówię – zaprzeczył Barciak.

Chłopak spojrzał na rozmówcę.

– Z jakiego powodu wyleciał z Wisły? – zapytał.
– Sześć lat temu do naszego komisariatu zgłosił się podkomisarz Paweł Ostrowski. Pracował u nas przez trzy lata, w tym czasie awansował i został zdegradowany ze względu na pewne nieprzyjemne okoliczności. Kiedy rok temu doszło do bójki między kibicami na stadionie w Zabrzu, postanowiliśmy przenieść podoficera do Katowic ze skutkiem natychmiastowym.
– Kto przekazał mu zgłoszenie?
– Ostrowski przyjął je osobiście na komisariacie. Powiedzmy, że zrobił to mimochodem, bo wpadł jedynie podpisać właściwe dokumenty i się zawinął. Skąd to pytanie?

Komendant wyjął dokumentację z szuflady.

Chłopak powrócił do wszystkich chwil, które poszły nie tak. Ostrowski powiadomił ich o podejrzanym w lunaparku. Powiedział nawet kiedy po niego jadą. Kto się zgodził, by Wojtek grzebał wszędzie tylko nie z nimi? Kto chciał się pozbyć upartego detektywa i w stosownej chwili poparł jego niezależność?

Podczas całej rozgrywki w pozostałościach po PGR to właśnie on znalazł Klaudię nieprzytomną jako pierwszy. Wcześniej miałby dość czasu, by przestawić Hondę i zastrzelić podkomisarza Barciaka. Czy wiadomo, gdzie był w czasie kolejnych zabójstw? Czy był pod ręką, gdy Wojtek otrzymywał telefony z pogróżkami? Odpowiedź nasuwała się sama.

– Został przeniesiony zaraz kolejnego dnia? – upewnił się
– Praktycznie rzecz biorąc, jeszcze tego samego.
– Skąd przyjechał wcześniej?
– Ostrowski… – policjant raz jeszcze przejrzał papiery. – Dwutysięczny jedenasty. Dla niego to był niezapomniany rok. W czerwcu miał miejsce w Wiśle brutalny gwałt i morderstwo na jakiejś dziewczynie, opowiadał mi o tym. Śledztwo utknęło, a on pobił podejrzanego, podobno w słusznej sprawie. Rozpoczęły się przeniesienia. Ostrowski trafił do nas. Sprawował się dobrze, no… do czasu. Trafił do Katowic zdegradowany do aspiranta sztabowego, Wrócił do łask i jako podkomisarz trafił do Wodzisławia.

Wojtek przypomniał sobie rozmowę z Ostrowskim. „Podczas pracy w Zabrzu nie spotkałem nikogo takiego”. Faktycznie, wtedy mógł nikogo takiego nie poznać.

* * *

Czerwony Opel Astra pruł maksymalną prędkością drogami krajowymi prowadzącymi do Wodzisławia Śląskiego. Wojtek wyciągnął telefon ze schowka i wybrał numer do Zalewskiego.

Komisarz nie odbierał, pewnie zgodnie z zapowiedzią przymierzał się do zatrzymania dwójki ostatnich podejrzanych, o ile nie jechał właśnie po któregoś.

Tych dwoje stanowiło podsumowanie poszukiwań, znajomi Martyny L. W dodatku pracujący w wodzisławskiej policji, obaj mogli stanowić przykład błędnego rozumienia słowa „podejrzany”. Zalewski trzymał ich na koniec, starając się oddalić konieczność łapania swoich ludzi, teraz już bardziej chwytał się brzytwy. Wystarczy kilka rozmów i wszystko się wyjaśni. Ostrowski.

Kolejne milczenie zignorował i postanowił zacząć od końca. Wybrał numer do prokuratury w Wiśle.

– Prokurator Salicki, słucham?
– Dzień dobry, Wojciech Plura z tej strony. Może mi pan udzielić kilku informacji?
– Tak jak zwykle. To zależy.
– Kiedy powiadomiono podkomisarza Ostrowskiego o podejrzeniach wobec Gołębiewskiego?
– Jako pierwszego, tak jakoś… W środę przed ósmą.
– Kiedy Ostrowski pojawił się w Wiśle?
– Około dziewiątej zgłosił się u nas do poszukiwań Olgierda.
– Czas zgonu podejrzanego?
– Pół do dziesiątej… Chyba nie myślisz, że…
– Nie myślę inaczej.

Rozłączył się i wybrał numer do pracownika komendy powiatowej.

– Wojciech Plura z tej strony. Mogę rozmawiać z kimś, kto przeszukiwał mieszkanie Martyny Lipskiej, to było w piątek? Widziałem coś ważnego i chciałbym natychmiast przekazać.
– Odpowiedni będzie komisarz Zalewski, ale wyjechał w chwili obecnej w teren. Proponuję skontaktować się z podkomisarzem Deszławskim.

W kilka sekund został połączony z właściwą osobą.

– Patryk Deszławski słucham?
– Witam, Wojciech Plura z tej strony, pamięta mnie pan?
– Ano, tak, detektyw samozwaniec…
– Mam pytanie. Czy podkomisarz Ostrowski, uczestniczący w przeszukiwaniu mieszkania Martyny Lipskiej, cały czas był z wami?

Zapadło milczenie.

– Panie Deszławski, to bardzo ważne.
– Wyjeżdżał. Tak jakoś po dwunastej, wrócił ze dwie i pół godziny później, ale poza tym był przy nas…
– Dziękuję panu.

Rozłączył się i wreszcie dopisał całą resztę.

Przed środą cały zespół śledczy był w Katowicach. Wszyscy przyjechali ze względu na odnalezienie Dariusza Kozień, ale brakowało Ostrowskiego. Miał sprawę w Wiśle, a przy tym cały ogrom czasu, by wstąpić na osiedle Dąbrówki i załatwić, co miał do załatwienia.

Gdy rozdzielali się w pegeerze, kto był najbliżej podkomisarza Barciaka? Zamarski i Ostrowski. Wreszcie, gdy szli po Klaudię, kto wchodził na piętro jako pierwszy? Ostrowski. Zalewski nawet zastał go przy Klaudii, gdy nikogo wokół nie było. Było wiele korytarzy, którymi mógł uciec sprawca… Zatem Ostrowski, mając jedną minutę więcej, zdołałby uprowadzić dziewczynę, albo zabić ją na miejscu i zwiać.

Przez cały czas ganiali za cieniem, który kręcił z nimi koziołki, gdy tylko tego chciał. Zawczasu zniszczył dokumentację w domu dziecka, żeby nie dało się powiązać go z pozostałymi. Idealnie zmienił tożsamość po nieudanym śledztwie, idealnie opuścił Zabrze, korzystając z natychmiastowego przeniesienia. Zrobił w balona całe miasto. Cały powiat. Całe województwo.

Chłopak raz jeszcze przypomniał sobie jedno z ostatnich słów porywacza. Bardzo ostre ze mnie masło. Pomyślał. Ostrowskie masło. Ostrowski Masłowski. On chce być złapany.

Wdusił jeszcze bardziej pedał gazu, chociaż niczego nie mogło to już zmienić. Czas podróży nie uległ przez to zmianie.

Na miejscu wyskoczył ze swojego samochodu i biegiem wpadł do komendy, rozglądając się jak oszalały. Podbiegł do dyżurnego.

– Gdzie jest podkomisarz Ostrowski? – niemal opluł rozmówcę.
– Pojechał z komisarzem Zalewskim. Powinni być w domu przy 26 marca, zdejmują podejrzanego. Zaraz, dokąd to?!

Chłopak wrócił do samochodu i uruchomił silnik. Ulica 26 marca była dosyć blisko.

Opel zatrzymał się z piskiem opon na parkingu pod blokiem, który został otoczony szwadronem policji. Wpadł na klatkę schodową w poszukiwaniu ważniejszego funkcjonariusza albo wręcz poszukiwanego podkomisarza.

– Gdzie podkomisarz Ostrowski? – spytał pilnującego wejścia.
– Nie ma przejścia, dokąd to?
– Muszę natychmiast porozmawiać z podkomisarzem Ostrowskim! Wszyscy są w niebezpieczeństwie! – krzyknął zdenerwowany.
– Powiedz, w czym problem to mu przekażę przez radio. Chociaż pewnie w Rybniku nie odbierze.
– Ostrowski to morderca! Człowieku, to on porwał tych nauczycieli i zastrzelił gliniarza w Wiśle!

Z jednego mieszkania wychyliła się głowa zaskoczonej sąsiadki.

– Ostrowski? Jeszcze czego, zjeżdżaj mały! Powinienem cię zamknąć za oczernianie dobrego gliniarza. Już ja mu przekażę wszystko, jak wróci z centrum handlowego.

Wojtek zerwał się znów do biegu. Wypadł na zewnątrz, nie słuchając dalszych litanii policjanta i zajął miejsce w samochodzie. Uruchomił silnik i wybrał na telefonie numer do Klaudii.

– Dawaj mi tu Zalewskiego!
– Co jest Wojtek, uspokój się, bo na starość będziesz nerwowy. – usłyszał głos komisarza.
– Gdzie jesteście?
– Jedziemy do Centrum Handlowego Focus. Został nam ostatni podejrzany i tym razem zdaje się, nie będzie pomyłki.
– Ostrowski to morderca, niech pan aresztuje tego sukinsyna!

Po drugiej stronie zapanowała chwila ciszy.

– Dość tych amatorskich bredni chłopcze. Ostrowski cały czas stał po twojej stronie, ale tym razem nie będzie miał chyba nic przeciwko, jak trafisz do paki za utrudnianie śledztwa.
– Ale mam dow…

Rozmówca się rozłączył. Ponowne wybieranie numeru było bez sensu.

* * *

Wjeżdżał na parking centrum handlowego, nie poddając się sile odśrodkowej spiralnego podjazdu. Jego celem było drugie piętro budowli, gdzieś tam, w jednym ze sklepów miał być podejrzany Zalewskiego. Jak to w czwartek nie brakowało miejsc parkingowych.

Chłopak otworzył schowek i wyjął drobny rewolwer po ojcu. Nie zamierzał do nikogo strzelać, chociaż obawiał się, że wyjęcie broni palnej przy funkcjonariuszach policji może się skończyć wymianą ognia. Zabrakło mu jednak innych pomysłów.

Opuścił pojazd i wartko ruszył do wejścia hali. Z każdym krokiem puzzle zaczęły się układać, a dziwna akustyka pomieszczenia potęgowała każde uderzenie trampek o posadzkę. Dawno tego nie czuł. Tej adrenaliny, gdy zmierza na konfrontację z kryminalistą. Tym razem jednak stawka była zbyt wysoka.

Paweł Ostrowski pomógł Olgierdowi uniknąć więzienia za zabójstwo Beaty Kozień. Tup. Paweł Ostrowski i Martyna Lipska zaplanowali zabójstwo dziesięciorga nauczycieli, by świadkowie tamtej tragedii zamilkli na wieki. Dariusz Kozień im zaufał, gdy obiecali mu śmierć winnych. Książka z przepowiedniami była zasłoną dymną. Wciąganie Wojtka do tej gry było zwykłą zmyłką. Jeśli wysadził swoją kryjówkę i zabił policjanta, to znaczy, że nie porwał Alberta Baksy. Teraz po prostu planuje zabić Klaudię.

Pobiegł do ruchomych schodów prowadzących do wnętrza centrum. Dookoła było sporo ludzi, także cudzoziemców. Wojtek rozglądał się za śledczymi. Zalewski szedł po lewej stronie do ruchomych taśm prowadzących wyżej. Po przeciwnej stronie szedł Ostrowski w towarzystwie Klaudii.

Miałaś się trzymać Zalewskiego!

Niepozornie szła obok Ostrowskiego, nie znając prawdy. Chłopak ruszył sprintem, potrącając jakiegoś gościa, skręcił w lewą i dalej przed siebie. Kątem oka zauważył, że Zalewski zatrzymał się przy jednej z wystaw.

Chciał wykonać kolejny krok, ale telefon oznajmił nadejście połączenia z nieznanego numeru. Dźwięk podkręcił do tego stopnia, że nie sposób było tego nie usłyszeć, nawet na sąsiednich piętrach.

– Co ty tu… – Zalewski wykonał krok w stronę Wojtka, lecz chłopak odebrał telefon.
– Tak słucham?
Halo? Komisarz Zalewski? – usłyszał w słuchawce. – Weronika Malirz z tej strony, prokurator.

Przełączył na głośnomówiący.

– Słucham, pani Weroniko – oznajmił.
– Wróciły wnioski z urzędów miast. Tylko jeden dokument informuje o zmianie nazwiska – powiedziała. – Osiem lat temu Paweł Masłowski zgłosił w urzędzie stanu cywilnego zmianę nazwiska…

Zalewski zaczął iść w stronę Wojtka, a wyraz jego twarzy powoli ulegał zmianie. Najwyraźniej rozpoznał głos w słuchawce i chciał poznać odpowiedź na pytanie, którego nie zadał.

– …Obecnie nazywa się Paweł Ostrowski. Numer PESEL potwierdza, to podkomisarz z twojej komendy, chyba twój partner…

Policjant stanął jak wryty.

Podkomisarz nie wyglądał na zaskoczonego, Wojtek był przekonany nawet, że czekał, aż chłopak zjawi się i oskarży go. Znając solidarność w policji, Zalewski wyśpiewał mu wszystko, święcie przekonany o winie swoich podejrzanych.

W całym tym zamieszaniu Wojtek zapomniał o jednym. Przed nim stał Zalewski, trzy metry dalej była Klaudia, a tuż za nią stał podkomisarz Ostrowski.

Morderca był znacznie sprawniejszy, niż ktokolwiek z nich zakładał. Z kabury wyjął służbowy pistolet, którym tego samego dnia zabił komisarza Barciaka. Wymierzył. Spróbował złapać Klaudię za kark, żeby posłużyła mu za tarczę, ale nie było mu dane to zrobić.

Dziewczyna uchyliła się i ze zwinnością kota wykonała kopniak z półobrotu. Wraz z hukiem wystrzału, pistolet wyleciał z dłoni policjanta i poszybował w nieznane.

Wojtek, stojąc wciąż pięć metrów od mordercy, wyjął zza paska pistolet i wymierzył. Zalewski, Klaudia, Ostrowski na samym końcu. Nie trafi, choćby Pan Bóg kule nosił.

Podkomisarz nieprzejęty utratą broni sięgnął za plecy i wyciągnął alternatywną broń, tę, którą preferował. Jednym zamaszystym ruchem wykonał zamach, jeszcze zanim dziewczyna zdążyła odzyskać równowagę po popisowym kopniaku. Ugodzona ostrzem wydała z siebie krótki okrzyk bólu i zaskoczenia.

– Nie! – Wojtek wyrzucił broń i rzucił się biegiem w stronę dziewczyny.

Gdy ta upadała, gdzieś w tle usłyszał cztery huki wystrzału, ale nie patrzył, kto strzelał i do kogo. Wpół drogi padł na kolana, ostatnie dwa metry pokonując wślizgiem.

– Nie, nie, nie… – powtarzał w kółko.

Jedna chwila przeciągnęła się, jakby czas zakpił sobie z wszystkich możliwych praw fizyki. Grawitacja, ciśnienie, prędkość, przyspieszenie, bezwładność, wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Kiedy biegł do Klaudii, powtarzał w myślach, że Masłowski ugodził ją w twarz. Policzek albo żuchwę.

Jej oczy rozszerzyły się, gdy zrozumiała, że nie jest w stanie krzyknąć. Dłonie dziewczyny powędrowały do rany, a zaraz za nimi dłonie Wojtka. Nóż rozciął skórę szyi i przerwał kilka naczyń.

– Spokojnie, wszystko będzie dobrze – chłopak uspokajał Klaudię, widząc gasnący w jej oczach płomień. – Nie umieraj, nie teraz!

W jego głowie skotłowała się setka myśli, od błahych jak na czas refleksji, że nie został przez nikogo zatrzymany ani zastrzelony, aż po nieuzasadnioną chęć zastrzelenie kogoś. Coś podsuwało mu co chwila myśl, że powinien się zemścić, zabić, poćwiartować, posłać do piachu… ale było to tylko mgliste wyobrażenie czegoś, co nigdy nie nastąpi. Myśli stały się odległe o całe kilometry.

– Pomocy! – krzyknął w stronę najbliższego sklepu. – Potrzebna apteczka, cokolwiek!

Dopadła go grupa ochrony centrum handlowego, kilkoro z nich otoczyło Zalewskiego i Ostrowskiego. Jakiś dobry samarytanin sprowadził plastikowe pudełko, wypełnione zestawem do pierwszej pomocy. Używając gaży, przykrył ranę i kolejnymi warstwami bandażu, prowadzonego od rany na szyi, pod ręką z przeciwnej strony i znów do rany. Zarówno podłoże, jak i bandaż w zastraszającym tempie pokryły się krwią.

Oczekując na przybycie ratowników, spojrzał w stronę Ostrowskiego. Komisarz trafił go trzykrotnie w środek masy, jeden pocisk roztrzaskał przedramię, zapewne, gdy upadał. Żył.

Otrząsnął się ze złych myśli.

– Oddychaj spokojnie, pomoc za chwilę tu będzie – wyszeptał.
– Wojtek… boję się…
– Nic nie mów. Tylko oddychaj – poprosił Wojtek.

Pomoc nadeszła pięć minut później. Chłopak wstał, ustępując miejsca lekarzom. Gdy puścił dłoń dziewczyny, nie mógł odpędzić się od wrażenia, że jej uchwyt z upływem czasu zanikał, aż w końcu stał się nieobecny. Wykonał ostatni krok w tył, prawa dłoń zadrżała.

Po Klaudii pozostała tylko plama krwi w miejscu, gdzie niedawno leżała głowa dziewczyny. W pobliżu ktoś spisywał zeznania ochrony i świadków.

Zalewski rozmawiał przez telefon. Chłopak nie usłyszał ani słowa, zupełnie odcięty od rzeczywistości uciekał do plamy na podłodze. Dawno nie widział takiego chaosu w centrum handlowym. Wojtek zatrzymał się i zatoczył w tył. Popatrzył w górę, ale sufit zaczął wirować. W porę opanował się i zatrzymał w miejscu.

Epilog

Wojtek jak przez mgłę pamiętał, co się później wydarzyło. Policjanci i ratownicy rzucili się do leżącego na ziemi Masłowskiego i stojącego przy poręczy chłopaka. Zaraz za nimi podszedł Zalewski. Odpędził od Plury kilku funkcjonariuszy prewencji i pomógł mu wstać.

Klaudia była operowana przez cztery godziny. Lekarze twierdzili, że powinna z tego wyjść, o ile w żyłach nie pojawi się skrzep. Ani transfuzja, ani rana nie stanowi takiego zagrożenia jak komplikacje po operacji. Chłopak obserwował ją spoza sali, w której czekała na wybudzenie, przez szybę i rozłożone żaluzje.

– Ostrowski skończył zeznawać – poinformował go Zalewski.
– Czy ma to dla mnie znaczenie? – spytał.
– Sądzę, że powinieneś wiedzieć.

Chłopak przytaknął.

– Masłowski zawarł z innymi z domu dziecka pakt. Mieli za wszelką cenę ochraniać siebie nawzajem. Szczególnie Olgierda Gołębiewskiego. Dzieciaki… niektóre dzieciaki się nad nim znęcały, on sam zaczął przejawiać objawy mnogiej osobowości… – Zalewski zarzucił kontekst.
– W papierach pisało, że chorował na schizofrenię.
– Błędna diagnoza? Może Ostrowski przyłożył do tego rękę?
– Jasne. Jeśli dobrze zrozumiałem, cztery dziewczyny z domu dziecka oskarżyły go o coś. Gwałt? Przemoc?
– Jedno i drugie.

Westchnął. Olgierd Gołębiewski, osobowość mnoga. Pod jedną dopuszcza się przestępstw, pod drugą był bojaźliwym, wsiowym gamoniem – i tylko pod tymi dwoma miał okazję go poznać. Przypomniał sobie, że w domku, w Wiśle, Olgierd miał dwie „sypialnie”.

– Marek Herbanek i jego koledzy mogli go obciążyć – kontynuował komisarz. – Gdyby dodali dwa do dwóch, złożyliby zeznania i Olgierd trafiłby do więzienia na długie lata. Lipska i Ostrowski opracowali plan. Zabić dziesięciu nauczycieli, w tym świadków.
– Lipska wpadła – Wojtek uśmiechnął się krzywo na samą myśl.
– Potem Wrona zaliczył zły wjazd do tunelu i zapadł w śpiączkę. Potem znalazły się dowody na Gołębiewskiego. Ostrowski został sam. Plan się posypał. W końcu sam zabił Gołębiewskiego. Postanowił, że odejdzie z hukiem.
– A Barciak, Klaudia i ja?
– Sam się przyznał.
– Ale dlaczego?
– Zabił Barciaka, żeby odwrócić uwagę od Klaudii. Klaudię próbował zabić, żeby ci się odwdzięczyć.

Najlepiej z całego tego bałaganu wyszedł Albert Baksa, który – jak Wojtek się dowiedział po ogłoszeniu schwytania Ostrowskiego – sam dał dyla, byle ratować skórę. Wymknął się ochraniającym go policjantom i dotarł do Szczecina, nim sprawa dobiegła końca.

Chłopak na krótką chwilę spojrzał na Zalewskiego. Dostrzegł, że i on był zmartwiony obecnym położeniem Klaudii. Kto jak kto, ale komisarz wiedział doskonale, że dziewczyna nie skończyła jeszcze walczyć o życie.

– To wszystko? – zdziwił się chłopak.
– Oczekiwałeś czegoś innego? – odparł Zalewski.
– Porwali sześć osób, planowali zabójstwo dziesięciu, tylko po to, żeby ratować jakiegoś psychola? – Wojtek dokończył myśl.
– Może jako jedynak tego nie rozumiesz, ale dla nich lojalność jest wszystkim. Olgierd nie był jakimś psycholem, był dla nich bratem. Trudnym, ale bratem. Jeśli trzeba, zabiliby dla niego dwudziestu nauczycieli. Co do tego nie mam wątpliwości.

Wojtek, chcąc nie chcąc pomyślał o Bartku i Patrycji. Skoczyłby dla nich w ogień, a jednak słowa komisarza zdawały mu się odległe od rzeczywistości. Gdy tylko Klaudia została ranna, nie myślał o strzelaniu do Ostrowskiego.

Tamci planowali zabić świadków, a wraz z nimi losowe osoby – wszystko to po to, żeby ich motyw pozostał niejasny i policja kręciła się w kółko. Potem Ostrowski prowokował Wojtka, żeby ten przeszkadzał policji, żeby Zalewski skupił się na ochronie wścibskich dzieciaków, zamiast na śledztwie.

– Ma pan rację. Nie zrozumiem tego.

* * *

Policja ustaliła wreszcie nazwisko sprawcy trzech porwań i siedmiu zabójstw. Jest nim Paweł O. funkcjonariusz powiatowej komendy w Wodzisławiu Śląskim.

Prokurator stawia mu zarzuty równolegle z Martyną L. współpracującą z nim od pewnego czasu. Niestety służby porządkowe nie dotarły do sprawcy na czas i w efekcie zginęło sporo osób. Dla nas zdecydowanie za dużo.

Rzecznik prasowy komendy powiatowej policji w Wodzisławiu Śląskim odmawia komentarza w tej sprawie. Wiele wątków jest jeszcze do wyjaśnienia, między innymi, sposób, w jaki morderca uzyskał fałszywą tożsamość.

Ostatnią ofiarą seryjnego mordercy jest komisarz Barciak z Komisariatu Policji we Wiśle. Boże świeć nad jego duszą.

Za tydzień wywiadu na wyłączność udzieli nam Wojciech Plura. Wiadomo nam, że jako pierwszy ustalił nazwisko poszukiwanego i ma spory udział w zatrzymaniu. Specjalnie dla nas opowie o swoim śledztwie i jakie wnioski wyciągnął z tej sprawy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *