Śledztwo sprzed lat – rozdział 21

Spał spokojnie w swoim łóżku, gdy usłyszał walenie do drzwi. Przekrzywił głowę na zegar i przetarł oczy, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Wpół do dwunastej. W nocy.

Wstał z łóżka i powlókł się do drzwi. Spojrzał przez „Judasza” i zobaczył stojącą tam sąsiadkę w nocnym szlafroku oczekującą na otwarcie. Otworzył.

– Pani Basiu, która jest godzina? – spytał, ziewając.
– Panie Stefku, ja wiem, ale wszędzie czuć gazem. Ulatnia się gdzieś.
– To pani zadzwoni po straż pożarną, a nie mi głowę zawraca. Skąd niby ma się ulatniać?
– No właśnie, mąż powiedział, że po południu był tu jakiś pan oglądać mieszkania na górze, wie pan, te puste. Może tam coś się stało? Jakaś rura poszła czy coś.
– A gdzie jest mąż?
– Poszedł na górę sprawdzić. Może ktoś się włamał i teraz się bawi…

Stefan nie słuchał. Susami przeskoczył schody na kolejne piętro i w połowie drogi do przedostatniego zaczął krzyczeć.

– Niech pan tam niczego nie dotyka!

Słowa jednak wypowiedział na marne. Mąż pani Barbary wcisnął dzwonek do drzwi pustego mieszkania. Terkot został podsumowany Ogłuszającym dźwiękiem podobnym do erupcji wulkanu. Potwierdzeniem tego był płomień, który w jednej chwili wypełnił piętro nad głową pana Stefana i zniknął zastąpiony ciemnym, szarym dymem. Fala uderzeniowa zmiotła go ze schodów i w jednej sekundzie znalazł się z powrotem na niższym piętrze.

Nad nim zawisła głowa pani Basi. Mówiła coś, czy nawet krzyczała, ale nie słyszał ani słowa. Patrzała na górę, tam, gdzie udał się jej mąż. Zniknęła mu z oczu, a w chwilę później usłyszał, dobiegający jakby zza ściany dźwięk syren wszystkich trzech służb państwowych. Pierwsza pojawiła się straż pożarna i karetka, za nią przyjechała policja. Tylko tyle zapamiętał.

* * *

Księżyc oświetlał część chodników parku Piłsudskiego w Katowicach. O tej godzinie nie było już nikogo z typowych odwiedzających, z wyjątkiem pary idącej w kierunku wyjścia.

– Wydaje mi się, że powiedzieliśmy sobie prawie wszystko. – stwierdziła Klaudia z uśmiechem. – Ale o czymś ciągle mi nie mówisz.
– Nie można wiedzieć wszystkiego. Czasem nawet nie warto – odparł Wojtek.
– A ja mimo wszystko chciałabym czegoś się dowiedzieć.
– Jak się nie boisz, możesz pytać.
– Dlaczego nigdy nie mówisz o swoim ojcu? – zapytała prosto z mostu.

Skrzywił się, słysząc ostatnie słowo. Bardzo tego nie lubił.

– Bo nie ma o czym mówić. – powiedział, akcentując słowo „czym” – Pamiętam go tylko do piątego roku życia, potem zniknął jak kamfora, zostawiając nas samych. Mnie i matkę. Mam nadzieję, że mu się wiedzie w samotności.
– Wojtek?
– Tak?
– Nie lubię, jak ludzie mnie okłamują – zadeklarowała. Wiedział dlaczego.
– To tak jak ja. – Uśmiechnął się, ale zaraz potem spoważniał. – Szukam go. Nie zawsze jest łatwo, ale robię, co mogę. Kilka lat temu znalazłem w piwnicy skrzynię z jego osobistymi rzeczami. Parę papierków. Myślę… – urwał, szukając bezpiecznych słów, ale takich niestety zabrakło. – Myślę, że on nie żyje. Chociaż wolałbym, żeby żył gdzieś w samotności, ale dostatnie.
– No, tak… Boli?
– Czy ja wiem? Może byłoby gorzej, gdyby został? Gdyby zamiast uciekać, został i ściągnął na nas kłopoty?
– Wojtek…
– Tak?
– Przepraszam, że o to spytałam…

Objęła go i pocałowała z mocą. Z chęcią poddał się temu i odwzajemnił pocałunek.

Chwilę szczęścia przerwał sygnał komórki. Zalewski dzwonił o samiuteńkiej północy! Oby miał do powiedzenia coś ważnego.

– Słuchajcie dzieciaki, musimy jutro rano być w Wodzisławiu. Chyba do ostatniego morderstwa doszło przedwcześnie.

Wojtek w pamięci odnotował liczbę mnogą.

– To znaczy co?
– Pogadamy w hotelu. Za dziesięć minut macie tu być oboje.

Rozmówca się rozłączył.

– Co się stało? – spytała Klaudia.
– Pora wracać. Podobno w Wodzisławiu coś się stało i Zalewski musi wrócić tam na rano.

Szybkim krokiem przeszli całą drogę między parkiem a hotelem „Izyda”. Przy wejściu już czekała na nich ekipa. Zalewski dopalał papierosa, natarczywie patrząc to na zegarek, to na gwiazdy. Bartek stał przy walizkach, patrząc w kierunku przeciwnym do nadchodzącej pary. Brakowało tylko Ostrowskiego.

– Co jest? – spytał Wojtek.
– Pstro. W Wodzisławiu był zamach w bardzo efektownym stylu. – stwierdził Bartek.
– Na osiedlu Dąbrówki mieszkanie na najwyższym piętrze eksplodowało. Straż pożarna ugasiła to, co jeszcze się dało. Na szczęście dwa najwyższe pietra były puste…

Wojtek przez chwilę ważył słowa, które usłyszał. Eksplozja. Ostatnie piętro. Wielkie bum na nowym osiedlu.

– Są jakieś ofiary? – spytał zniecierpliwiony.
– Dwie. Niezidentyfikowane zwłoki w środku i sąsiad. Pakujcie się, przed nami podróż.

Wojtek pobiegł na górę, pozbierać to, co jeszcze rano rozpakował. Zamykając swój pokój na klucz, uświadomił sobie, że ich śledztwo właśnie pochłonęło jedną ofiarę na wyrost. Dłoń trzymał na klamce, nie mogąc się pogodzić z tym, co się zdarzyło, a z letargu wyrwał go głos Klaudii.

– To nie jest niczyja wina.
– Wszyscy trzej nie żyją. – powiedział bezgłośnie.
– Przecież wiesz, że to nie koniec.
– Dla porwanych to jest koniec.
– Nie dla nas. – zaprzeczyła – My jeszcze mamy coś do zrobienia.

Gdy przeszła kilka kroków przed siebie, dotarło do niego, że nie jest to koniec także dla porywacza. Zostało mu jeszcze co najmniej jedno zabójstwo. Zlecone przez Wojtka.

Opuścili hotel, uprzednio zostawiwszy klucze na portierni. Zaraz potem zajęli miejsca w nieoznakowanym samochodzie policyjnym.

* * *

Miejsce zdarzenia wyglądało, jakby przez pół dnia pomieszczenia płonęły podsycane benzyną. Straż pożarna nie miała dużo roboty. Budynek niespecjalnie zajął się ogniem, największego spustoszenia dokonał wybuch, na dwóch najwyższych piętrach. Surowe ściany mieszkania wytrzymały podmuch, ale zamiast białej farby były pokryte sadzą. Okien należało szukać po drugiej stronie ulicy.

Pierwszy na miejsce zdarzenia dotarł Ostrowski, który akurat jechał z prokuratury w Wiśle do Katowic. Niestety z pogorzeliska nie było już nic do zbierania.

– Co tu tak śmierdzi? – zdziwił się Zalewski.
– Ludzka spalenizna. – odparł ponuro podkomisarz. – Utlenianie skóry i całej reszty organizmu człowieka.
– Niewiele było do zbierania. Ofiara była całkowicie zdeformowana. Z twarzy w ogóle nic nie zostało…
– Boże… – szepnęła Klaudia.

Zalewski trzymając się za nos, wyszedł na balkon. Czy raczej zatrzymał się w jego progu. Na zewnątrz powietrze było dość ciepłe. Wtorkowe słońce wychylało się zza horyzontu, ocieplając wszystko. Temperatura nie pasowała do końca jesieni, ale właśnie tego się spodziewa po chłodnym i deszczowym lecie.

– Co tu się stało i dlaczego? – spytał Wojtek, stając w progu mieszkania.

Ostrowski otworzył notatnik, jakby do przypomnienia tego, co zeznali świadkowie.

– Państwo Barczyńscy obudzili się około dwudziestej trzeciej, czując ulatniający się gaz. Barbara Barczyńska pobiegła do sąsiada, pana Stefana Turczyna, mąż na górę sprawdzić co się dzieje. Nim Turczyn dobiegł na miejsce, pan Barczyński wcisnął dzwonek…
– Chryste… przecież dzwonienie przy wycieku gazu jest znacznie groźniejsze niż palenie papierosów na stacji benzynowej. – podsumował Wojtek – Doszło do zapłonu i wszystko poszło!

Od balkonu odwrócił się Zalewski i rozejrzał uważnie po pomieszczeniu, jakby czegoś szukając. W końcu spytał.

– Jaką sprawca mógł mieć pewność, że jakiś totalny głupek zadzwoni w środku nocy do mieszkania wypełnionego gazem?
– Zmarłemu należy się mimo wszystko szacunek.
– Ale jaką można mieć pewność, że na cały blok trafi się jeden taki geniusz, który zadzwoni? Jaką pytam?
– Żadną. – odparł Wojtek – Ciekawe pytanie, to znaczy, że gdzieś musiał być dodatkowy zapalnik. Czy raczej według sprawcy główny zapalnik.

Ostrowski rozejrzał się po pomieszczeniu, po czym stwierdził krótko:

– Tutaj były tylko zwłoki. No, może jeszcze resztki drewna i małe odłamki metalu. Wszystko jest już u techników.
– Moim zdaniem może być inaczej. – powiedział Zalewski – Coś, co pozwolę sobie nazwać oknami, leży na sąsiednim podwórku, dwadzieścia metrów od bloku. Jeżeli główny zapalnik podzielił los szkła i PCV?

Do kolejnego budynku było ponad czterdzieści metrów, ale nawet w sąsiednim bloku kilka okien miało popękane szyby. Na trawie, pomiędzy pojedynczymi drzewkami poniewierały się resztki szkła i plastiku, czym od pięciu minut zajmowała się policja. W nocy zbieranie tego byłoby bezsensowne, nawet najlepszymi latarkami próżno przeczesywać podwórze.

Pierwszy na dół ruszył Wojtek. Co prawda Ostrowski także już poszedł, ale porozmawiać ze świadkami zdarzenia. Chłopak po drodze usłyszał fragment jednej z rozmów, na co natychmiast zwolnił, by dosłyszeć każde kolejne słowo.

– Mówiłem już, sąsiad mnie obudził. Jak się zacząłem przebierać, poszedł na górę. Myślałem, że pobudzić innych, ale jak pierdyknęło to… Panie świeć nad jego duszą. – mężczyzna się zamyślił.
– A pan panie oficerze, to powinien z połowa powiatu zawrzyć. Na filmach to sztyc raz–dwa kożdygo do ancla, a w rzeczywistości je żeście powolni i żmudni – dodała jego małżonka.
– Nie mówiąc o tym, że świadkowie więcej widzą i są mądrzejsi w tych filmach – podsumował Wojtek, idąc dalej w dół schodów.

Dalsze słowa już go nie obchodziły, ale zapewne była to soczysta wiązanka w jego kierunku. Wszystko to zupełnie się nie liczyło. Ważne było to, co powinno być na podwórzu.

Terenem zajmowały się głównie patrole i ściągnięci mundurowi. Z odsieczą przysłano też dwa psy, które wybrały co prawda kilka odpadków, ale były to strzykawki po bardzo domyślnej zawartości. Chłopak przyłączył się do poszukiwaczy, a Klaudia dołączyła w chwilę później.

Słońce było coraz wyżej i teren rozjaśniał większym blaskiem. Jeden z policjantów wyprostował się, trzymając w dłoni odłamek niepasujący do dotychczas zebranych. W ułamku sekundy stał przy nim Zalewski z drugim.

– To jakaś elektronika – stwierdził posterunkowy. – Bardzo ładne, ale raczej…
– Domowej roboty. Domorosły saper – dodał komisarz.
– Saper?
– Tak, te przewody łączą się z elektroniką i zapalnikiem. Dość powiedziałbym prostym. Brakuje tylko czasomierza, pewnie zrobiony z gorszego plastiku stopił się w płomieniach.
– Domorosły saper. – potwierdził Wojtek. Jednak nie mówił o sprawcy.
– To sprytna zabawka. – wyjaśnił Zalewski – Gdy zegar przekroczy odpowiedni kąt, dochodzi do zamknięcia przewodu, iskra idzie drugim przewodem i zapala gaz. Można to nazwać miniaturową wersją dzwonka. Tyk–tyk i ka–boom.

Oddał „zabawkę” technikowi i strzepał brud z rękawiczek. Pracę w tym miejscu uznał za zakończoną.

* * *

– Nie jestem pewien czy młodzież powinna w tym uczestniczyć. – stwierdził patolog.
– Dzisiaj już nic mnie nie zaskoczy – wyznał Wojtek. – Ten zapach i tak już pozostanie ze mną do końca dnia.

Lekarz sądowy przechylił głowę, co samo za siebie mówiło „jak wolisz”, po czym zdjął pokrywający zwłoki materiał.

– Denat był w wieku odpowiadającym poszukiwanemu. Przyczyną zgonu wbrew wcześniejszym podejrzeniom nie było zatrucie gazem, lecz pęknięcie podstawy czaszki i zmiażdżenie mózgowia.
– Czyli, że na miejscu znajdował się stosunkowo niedługo? – spytał Ostrowski.

Patolog uśmiechnął się, jakby usłyszane pytanie zadał mu student medycyny. Złapał za szkło przymocowane do stolika i przechylił je nad głowę zmarłego, czy raczej to, co z niej zostało.

– Na jego twarzy – powiedział – Pozostałościach, znalazłem metalowe odłamki. Wyglądają na jakiś stop aluminium. Idąc dalej… – skierował szkło na klatkę piersiową – natrafiłem na podobne.
– Sugeruje pan butlę tlenową przymocowaną na czas „pobytu” w zagazowanym pomieszczeniu?
– Ja nie sugeruję. – odparł patolog i przysunął do siebie stolik z dość sporą tacą. – Ponadto znalazło się też trochę szkła. To czysty fakt. Brakuje tylko tarczy z podanym ciśnieniem… ale pewnie podzieliła los reszty. Trochę stali w aluminium pewnie uda mi się wygrzebać.

Patolog okrążył pierwsze zwłoki i podszedł do drugiego stołu. Tam odsunął lupę od zmarłego i kontynuował wywód.

– Ten zmarł na skutek uszkodzenia płuc. Drzwi przyjęły na siebie większość fali uderzeniowej, solidna firma musiała je robić… W każdym razie drzwi przycisnęły go do ściany. Złamane żebra przebiły płuca. Ogień zajął się właściwie trupem.

Zalewski podziękował za lekcję chemii i całym zespołem opuścili prosektorium. Wojtek przeszedł kilka kroków, po czym stanął w miejscu. Ręką oparł się o ścianę, przypomniawszy sobie, że pozostała już tylko jedna ofiara. Wzrokiem powędrował w sufit, odwrócił się plecami do ściany i usiadł na ziemi.

Przed nim kucnął Zalewski.

– Wszystko w porządku?
– Zabiłem ich, pozwoliłem ich zabić. A teraz już tylko jedna osoba…
– Klaudia?
– Nie wiem… prawdopodobnie. Obiecał, że jak się nie wycofam, zabije kogoś z mojego otoczenia. W ostatniej rozmowie powiedział, że wybrałem Klaudię.

Zalewski pomógł mu wstać.

– Nikogo już nie zabije. Już po wszystkim. Prawdę mówiąc…
– Nadal mogę się wycofać.
– Sam mówiłeś, że dał ci parę tygodni. Skoro cała trójka nie żyje, dalsza pomoc w poszukiwaniach nie będzie już nam potrzebna.

Chłopak dalej patrzył tępo, ale kroki stawiał pewniej. Ciągle nie dawały mu spokoju ślady, które znalazł w Katowicach.

* * *

Dwa kolejne zatrzymania okazały się równie owocne co wszystkie poprzednie. Podejrzani próbowali uciekać, ale nie mieli zbyt wiele szczęścia. Co prawda wszyscy przeżyli, nie tracąc głowy w tunelu, w lunaparku, ale ponad wszystko spodziewali się, że ktoś będzie próbował ich zatrzymać.

Mężczyzna, siedząc w fotelu, dopił kawę i odłożył gazetę. Z kieszeni spodni wyjął portfel i otworzył. Znajdująca się wewnątrz odznaka policyjna przestała go cieszyć już dawno temu, gdyby miało to coś zmienić, naplułby na cały rząd napisów na niej.

Uśmiechnął się, gdy przypomniał sobie ostatnie wiadomości. O eksplozję w bloku mieszkalnym rozrywały się telewizje lokalne, ale dołączyła do nich też krajowa i prywatna. Satysfakcja z dokonania morderstwa okazała się znacznie większa, niż gdy osiem lat temu posadził jednego z nich na ławie oskarżonych.

Wojciech Plura. Spisywał się do tej pory idealnie, chociaż co jakiś czas miał nagły zryw i natrafiał na kolejne informacje szybciej, niż powinien. Nie ulegało wątpliwości, że przeszkodzi w realizacji dalszej części planu. Z chęcią poradziłby mu, by się wycofał – tym razem szczerze – zanim znajdzie ostatnią ofiarę, ale kolejne telefony przestały być potrzebne. Sam chłopak już ich nie odbierał, zapewne mając dość tej obłąkanej gadki. I bardzo dobrze.

Kiedy tak siedział, usłyszał telefon dzwoniący z sąsiedniego pokoju. Tak bardzo był przyzwyczajony do ciszy w swoim prawdziwym mieszkaniu, że niemal zdziwił go ten dźwięk. Powoli wstał i podszedł do aparatury. Po czwartym sygnale odebrał.

– Słucham? – spytał.
– Mamy doskonałe wieści, z analizy kodu DNA wynika jasno, że Herbanek nie dokonał gwałtu na Beacie Kozień. Jednocześnie nasi specjaliści porównywali znaleziony materiał z kodem genetycznym Olgierda Gołębiewskiego. Wynik jest niedokładny, ale wygląda na to, że…
– Chryste… Zginął niewinny człowiek… – udał zaskoczenie, żeby ukryć swoją wściekłość.

Tak naprawdę wiedział, że Herbanek nie popełnił tamtego przestępstwa. Nie potrzebował też badań DNA, żeby znać prawdziwego sprawcę. O tym, że nad Olgierdem nie da się zapanować, wiedział już od dnia, w którym wybuchł skandal w domu dziecka. Cztery dziewczyny złożyły skargę jednego dnia…

– No, niestety, wygląda na to, że cała trójka nie miała nic wspólnego z tamtym przestępstwem. Rozpoczęliśmy poszukiwania Gołębiewskiego. Bez wątpienia pójdzie siedzieć. Panie…

Rozłączył się. Odłożył słuchawkę i zrobił okrążenie dookoła pokoju. W głowie kotłowały mu się słowa, które usłyszał i powoli dochodziło do niego, co zrobił. Wszystko na nic. W mig rozejdą się wieści, że Herbanek jest niewinny, Olgierd pójdzie siedzieć. Kariera, zdrowie psychiczne, sumienie, wszystko to poświęcił, na nic – tylko dlatego, że dowody sprzed ośmiu lat wytrzymały próbę czasu… i dlatego, że jeden gówniarz je odnalazł.

Zaraz potem uświadomił sobie jeszcze coś. Policja jeszcze nie dotarła do Gołębiewskiego. „Pójdzie siedzieć”.

– Kurwa mać! – krzyknął na cały głos.

* * *

– Ani śladu po Gołębiewskim – przywitał ich Ostrowski.
– Szczury uciekają, gdy statek tonie. – potwierdził prokurator Salicki, dziwnie spoglądał na podkomisarza.
– Mógł się dowiedzieć, że go szukają? – spytał Zalewski.
– Pewnie sam wziął nogi za pas po tym, jak Plura gmerał w jego domu. Wysyłacie jego DNA do badań i nie pomyśleliście, żeby zamknąć go na czterdzieści osiem. A ja myślałem, że w Wodzisławiu jest burdel.
– Trzymaj język na wodzy Ostrowski! – przerwał Salicki – O nic go nie podejrzewaliśmy, badanie było robione na wyrost, żeby nikt nie powiedział, że doszukujemy się winy. Tak jak ostatnio. Cholera, nawet pierwszy wynik nie był rozstrzygający.
– To i tak bez sensu. – stwierdził Zalewski – Jak nie był podejrzany, mógł siedzieć najwyżej dwie doby, wyszedłby na długo przed zakończeniem badań.

Całość przerwał sygnał telefonu. Lokalny śledczy, Krzysztof Zamarski podniósł słuchawkę, czując na sobie wzrok wszystkich wokół. Gdy odłożył, wpatrywali się jeszcze bardziej.

– Koło oczyszczalni, w pobliskich nieużytkach popegeerowskich ktoś zauważył pożyczoną Hondę Accord 2.0 numery katowickie, te, których szukacie.

Wojtek po raz kolejny widział więcej niż inni. Przynajmniej miał prawo tak podejrzewać. Przypomniał sobie, jak śledził Gołębiewskiego ulicami Wisły i ten wszedł do jednego z fotografów. Być może faktycznie był to stały klient?

Zerknął na szyld przed wejściem. Tak, fotograf. Nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Wewnątrz panowało większe ciepło, niż się spodziewał, na moment nawet zaduch wstrzymał mu oddech. Tak jak się spodziewał w środku stała tylko jedna osoba, po przeciwnej strony lady.

Młody mężczyzna z ciemnymi blond włosami nawet nie podniósł wzroku na przybyłego klienta i z uporem maniaka rozwiązywał krzyżówkę. Krzaczaste brwi podskakiwały co chwila, gdy odczytywał kolejne pytanie, na które nie zna odpowiedzi. Po chwili pomiędzy przedziałkiem na głowie ukazały się przekrwione niebieskie oczy.

– W czym mogę pomóc? – spytał.
– Mam wiadomość od twojego znajomego – odparł Wojtek.
– Raczej nie mamy wspólnych znajomych. Jeśli nie przychodzisz po zdjęcie, tam są drzwi.

Fasada. Jak miło.

– Olgierd będzie potrzebował pomocy, a pan nawet nie kiwnie palcem? – upewnił się.
– Normalnie wyrzucam każdego, kto mi przypomina o Olgierdzie, ale przynosisz same dobre wiadomości. Olgierd ma kłopoty?
– Właściwie jeszcze nie. To zależy czy go znajdę.
– A jeśli go znajdziesz?
– Będzie cierpiał – zaryzykował Wojtek.
– Na twoim miejscu zacząłbym od jego domu na przedmieściach. Chociaż ostatnio nie bywa tam zbyt często.
– Właśnie dlatego nie potrafię go odnaleźć. Poza tym… policja obserwuje to miejsce. Chcę dotrzeć do Gołębiewskiego przed policją.

W tym momencie akurat nie skłamał. Bardzo mu zależało odnaleźć Olgierda, zanim się okaże, że któryś z policjantów zastrzelił go przy próbie ucieczki. To byłoby niebezpiecznie wygodne dla mordercy nauczycieli.

– Na twoim miejscu poszukałbym w starych budynkach popegeerowskich. Olgierd często tam przesiaduje, gdy ma na karku jakieś niebezpieczeństwo. Tylko uważaj, to główne siedlisko menelni, rzadko można spotkać tam kogoś trzeźwego.
– Będę pamiętał. Gdzie są te budynki?
– W pobliżu nowej oczyszczalni. Południowy skraj miasta.

Ulicami miasta Wisły, prosto do opuszczonego kompleksu Państwowej Gospodarki Rolnej z czasów komunizmu, pruły dwa nieoznakowane policyjne samochody. Prowadził pojazd lokalny, za nim jak anioł stróż jechała grupa śledcza z Wodzisławia.

Nie zatrzymywali się na światłach, pomimo panującego wokół deszczu. Mijani kierowcy reagowali na syrenę prawidłowo – zjeżdżali na pobocze, posłusznie zwalniając i czekając, aż „dyskoteka” przejedzie.

Na wysokości ulicy Kotucza sygnały umilkły i w pięć minut później samochody zatrzymały się pod kompleksem i wysiedli z nich wszyscy.

– To pięć rzędów obór i różnych stanowisk biurowych. – wyjaśnił Zamarski – Jest nas czterech, więc ostatni rząd przeglądamy razem.
– Nie lepiej poczekać na wsparcie?
– Ja się nie dziwię, że w tym Wodzisławiu nie potraficie złapać jednego człowieka. – stwierdził Zamarski – Zabieracie się do tego z prędkością żółwia. Cholera nie ma czasu, znacie swoje cele. Ruszamy.

Zalewski ruszył do pierwszego budynku z lewej. Chociaż obecny stan tego czegoś bardziej nadawał się do określenia zabytku, czy rudery. Spod rozdrapanego tynku wystawały cegły, też zresztą nadgryzione przez czas, a po podłożu walał się piasek i resztki szkła.

Komisarz ruszył wejściem frontowym, budowla miała zabawną budowę, pewnie była to obora. Podłużny gmach miał postawione wzdłuż środkowej linii ściany układające się na kształt krzyża celtyckiego, stojące każde metr od siebie. W efekcie całość dzieliła obornik na dziesięć kwadratów przyozdobionych na wszelakie sposoby.

Policjant postanowił przejść przez pierwsze pół–pomieszczenie do przeciwnej ściany, by w ten sposób zobaczyć pozostałe ustawione na długość. Dalej już szedł na przemian, skręcając z pomieszczenia po lewej do tego z prawej, następnie do przodu i do przeciwnej ściany.

Gdzieś w oddali zaszumiał wiatr i liście drzew. Jednak po chwili do uszu komisarza dotarł dźwięk, którego nie mógł i nie chciał zlekceważyć.

Zamarski wybrał drugi budynek, by przeszukiwane strefy były podzielone rangami. W kolejnych dwóch poszukiwania prowadzili podkomisarze.

Jego budynek miał jedno piętro i strych na górze. Wypełniony był stalowymi zbiornikami, lata temu pewnie wypełnionymi mlekiem, dziś pozbawione co niektórych kawałków pokryw. Szukanie skradzionego metalu po skupach złomu mijało się pewnie z celem, a także nie miało związku ze sprawą.

Całość dość klarownie zdawała się opuszczona, wokół panowała tak „głośna cisza”, że niemal zatykało uszy. Komisarz zdecydował się wejść na górę, tym bardziej że drabina była postawiona w środkowej części gmachu, pod ścianą.

U góry zabrakło mu tchu, gdy jeden ze szczebli złamał mu się pod nogą i zawisnął trzy metry nad ziemią. Trzask poniósł się echem, ale nie wyszedł za mury opuszczonego magazynu.

Nerwowo złapał krawędź wyższego piętra, gdy donośny huk rozległ się w sąsiednim budynku.

Podkomisarz Barciak szedł właśnie przez wyznaczony mu teren, gdy zauważył, jak cień przenika pomiędzy walającymi się w podłużnej hali beczkami, kartonami czy drewnianymi paletami.

Natychmiast przygotował broń, mierząc pomiędzy skrzynki, oczekując, że zobaczy między nimi Gołębiewskiego, ale nastała kompletna cisza.

Kroki podkomisarza zmieniły się w skradanie. Uczył się tego wielokrotnie, stawiać kroki miękko, tak by nawet odłamki szkła nie zaskrzypiały pod podeszwą. Dotąd szło mu całkiem nieźle, jakby to właśnie adrenalina w akcji płynęła pod stopami, amortyzując każdy krok.

Skierował się tam, gdzie ostatnio zobaczył cień.

Tymczasem cień niepostrzeżenie wymknął się końcem gmachu Barciaka i biegiem rzucił się wokół budynku, by podejść podkomisarza zza pleców.

Gdy tylko stanął w progu, zobaczył swój cel, podniósł broń i wycelował tam, gdzie postać powinna mieć głowę. Nie przewidział, że w tamtej części budynku będzie aż taki cień, ale w końcu pociągnął za spust.

Pocisk poszybował zgodnie z przeznaczeniem i o godzinie 10:11 morderca odnotował już szóstą ofiarę.

* * *

Gdy podjechał pod budynki, będące pozostałością PGR zegar wskazywał dziewiątą czterdzieści pięć. Przeszukanie obory i zdezelowanej mleczarni zajęło mu całe dziesięć minut, a trzecie stanowisko rozgrzebywał minutę – wystarczyło przebiec między wszystkimi drewnianymi pozostałościami. Żałował przez chwilę, że nie zabrał ze sobą kogoś do pomocy, ale poza Bartkiem nie mógł liczyć na nikogo.

Już na wejściu do czwartej obory zrozumiał, że sprawa wygląda gorzej, niż się spodziewał. To pomieszczenie z całą pewnością nosiło kiedyś nazwę rzeźni, co potwierdzały plamy krwi na drewnianej posadzce. W oddali dosłyszał syreny policyjne, ale z odległości wnioskował, że jadą raczej w innym kierunku. Sekundę później zamilknęły.

– Jest tu kto?! – echo poniosło jego słowa dwa razy w różnym kierunku.

Cisza i spokój. W rzeźni.

– Olgierd! – krzyknął raz jeszcze w próżnię.

Przeszedł pomiędzy szafkami po narzędziach i ominął stertę różnego rozmiaru mis i brytfanek. Ostatni fragment ubojni był oddzielony foliowym parawanem, czy raczej obrazem nędzy i rozpaczy, jaki po nim pozostał. Materiał pokrywała czerwona plama, a poniżej na ziemi ciekła struga krwi.

Chłopak usłyszał zatrzymujący się gdzieś w pobliżu samochód i instynktownie wskoczył za parawan. W pogotowiu trzymał stary rewolwer wymierzony w podłogę. Ostrożnie zrobił krok w tył, czując, że buty zagłębiają się w jakiejś cieczy. Zatrzymał się, powoli składając fakty do kupy. Jeżeli PGR został zlikwidowany lata temu, to co miałoby być tu mokrego?

Odwrócił się do wnętrza, cofnął się z wrażenia. Na ziemi leżały resztki różnych rzeczy, zapewne pozostawione przez stałych bywalców. Wszystkiemu towarzyszyły zwłoki Olgierda Gołębiewskiego. Facet z całą pewnością był martwy, co potwierdzało zabarwienie leżącego w pobliżu topora.

Chłopak, powstrzymując odruch wymiotny, wycofał się dalej w pomieszczenie i zajął miejsce za przewalonymi półkami. Kucnął, opierając się o ścianę i bacznie obserwując okolicę. Po minucie usłyszał uruchamiany silnik samochodu gdzieś w okolicach swojego Opla. Schował broń za plecami, jak to robią amatorscy rabusie i wypadł na zewnątrz. Obok swojego samochodu dostrzegł przejeżdżającą czarną Hondę, z całą pewnością z wypożyczalni.

Nie miał szans na jej złapanie, podziwiał jednak, jak cicho oddala się z miejsca zdarzenia. Solidny wóz.

Podbiegł do swojego samochodu i oparł się o dach, patrząc tam, gdzie ostatni raz widział czarny pojazd. Otworzył drzwi i wrzucił do środka rewolwer, a ze środka wyjął telefon komórkowy. Zastanowił się, gdzie powinien najpierw zadzwonić, ale jego rozmyślania w mig zostały przerwane pojedynczym strzałem w trzecim od prawej budynku.

Do gmachu zwalili się tłumem, pierwszy wparował Zamarski, zaraz za nim przybiegł Zalewski, a następnie Plura.

– Cholera, nie żyje. – stwierdził od razu komisarz z Wisły.
– Ty skurwysynu! Co ty tutaj robisz? – Zalewski rzucił się na Wojtka i złapał go za kurtkę.
– Gołębiewskiego szukam, czego wy tutaj chcecie?! – nagle uświadomił sobie, że chyba o czymś zapomnieli – Gdzie zostawiliście Klaudię?
– Kurwa.

Biegiem ruszyli do samochodów policyjnych po przeciwnej stronie gmachu. Już z daleka okazało się, że pojazd jest pusty.

Zalewski odebrał telefon.

– Gdzie jesteś? – spytał i po chwili się rozłączył – Schowała się w ostatnim budynku. Idziemy, ty – wskazał na Wojtka – zostajesz.

Plura doskonale wiedział, że sprawca już odjechał, ale Zalewski był w stanie sugerującym gotowość odstrzelenia chłopaka, jak tylko znajdzie się w zasięgu wzroku.

Komisarz dotarł pod wskazane miejsce – prawdopodobnie jeden z dwóch budynków biurowych. Po przekroczeniu progu kolejne kroki stawiał powoli i ostrożnie, żeby nie wywołać hałasu.

– Paweł, jestem w czwórce, miej oczy otwarte. – oznajmił przez krótkofalówkę.

Przegląd każdego pomieszczenia wzdłuż korytarza nie wymagał zbyt dużo czasu. Oprócz tynku, w biurowcu nie było już nawet mebli, tylko ozdoby rysowane farbą w sprayu. W minutę dotarł do schodów i obserwując resztą barierki, która zwisała z sufitu, wspinał się tyłem na piętro.

W sali przed sobą usłyszał żeński krzyk.

Do diabła! Tylko nie to!

Przyspieszył kroku, wiedząc, że sprawca czai się już za rogiem, jednak nie chciał wskoczyć do pomieszczenia i wystawić się na strzał – przydałby się tu Ostrowski, mogliby wejść do środka każdy przez jedno z wejść.

Przyczaił się plecami do ściany i przygotował broń. Załadowana od kilku minut. Dziw, że jeszcze nie postrzelił się w nogę! Wreszcie obrócił się i kierując broń wewnątrz pomieszczenia, jednym rzutem oka zlustrował wnętrze i zobaczył postać klęczącą nad Klaudią.

– Stój policja! Nie ruszaj się!
– Do diabła, Mati! Przestraszyłeś mnie! – odkrzyknął Ostrowski.

Zalewski zdziwiony zabezpieczył broń, ale pozostał na swoim miejscu. Sprawca po raz kolejny zdołał uciec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *