Śledztwo sprzed lat – rozdział 20

Wojtek w ciągu ostatnich pięciu lat przeprowadził wiele różnych śledztw różnego kalibru. Ekstremalnie rzadko były to sprawy zlecone przez rówieśników, bo wspólnie z Bartkiem nieczęsto przechwalali się swoimi osiągnięciami i nie byli wśród znajomych uznawani za młodych detektywów. Jednak nawet gdy prowadzili śledztwo na czyjąś prośbę, nigdy nie zdecydowali się sięgnąć po pomoc znajomych z policji po ojcu Wojtka.

Z tego też powodu dla chłopaka było niemałym zaskoczeniem, kiedy to do niego zgłosił się komendant z Katowic – nadinspektor Łukasz Szymiczek. Jak się okazało, policjant dawniej szefował staremu Plurze i zainteresował się śledztwem z Wodzisławia właśnie na wzmiankę o Wojtku. Nadinspektor zdecydował się oderwać od swoich codziennych obowiązków i siłą rzeczy chłopak swoją podróż musiał rozpocząć od konsultacji z Komendantem Wojewódzkim Policji w Katowicach po telefonicznym ustaleniu pory i miejsca spotkania.

Policjant krzątał się po całej komendzie tak, że trudno było go odnaleźć w danym miejscu. Wreszcie więc chłopak postanowił zaczekać w jego biurze. Zjawił się po pięciu minutach.

– O pan Plura, od kwadransa pana szukam – wyznał na wejściu.
– Mógłbym o panu powiedzieć to samo.
– Dobrze, że jesteś, bo mam dla ciebie prawdziwą bombę. – Komendant zacierał ręce.
– Dla mnie? Bombę? – spytał Wojtek, zmieszany – Nie spodziewałem się, że moje drobne wygłupy zainteresują kogoś…
– Twoje wygłupy mogą zaczekać. Chodź za mną.

Wojtek wstał z krzesła i ruszył za komendantem. Był odrobinę zaskoczony swoim obecnym położeniem. Z jednej strony komisarz Zalewski przyzwyczaił go do ciągłej krytyki, z drugiej strony nadinspektor Szymiczek nie był mu zupełnie obcy i kojarzył go jako dość przyjaznego człowieka. Przed objęciem stanowiska na poziomie województwa, szefował na jednym z rybnickich komisariatów.

Zeszli po schodach w dół i skręcili do przeciwnego skrzydła budynku. Tam czekała ich podróż w górę na pierwsze piętro i prosto do sali przesłuchań. A raczej do pomieszczenia za lustrem weneckim.

– Popatrz tam. – Komendant wskazał garbatego mężczyznę na miejscu przesłuchiwanego.

Typ wyglądał niemal jak kloszard, ale jego ubranie było w znacznie lepszym stanie niż twarz. Pokryta posiwiałym, miesięcznym zarostem i bruzdami. Czarne włosy były z lekka przyprószone siwizną. Ubrany był w przestarzały garnitur i jedynie plamy z błota i przetarcia na łokciach świadczyły o dziennym stylu bycia właściciela. Gość rozglądał się nerwowo, jakby szukając czegoś, co mu zabrano, z wyrzutem zerkając w lustro.

– Prawdziwa tożsamość tego pana nie jest jeszcze oficjalnie znana, natomiast znaleźliśmy przy nim dwie piękne legitymacje, nadgryzione i przetarte, ale jednak.
– Oczywiście nie należą do niego. – upewnił się Wojtek.
– Z całkowitą pewnością. – stwierdził komendant – To kradzione zabawki, bez wartości materialnej.
– Zatem jednak mają związek z moimi… wygłupami. – chłopak spróbował odgadnąć.
– Pierwsza to legitymacja szkoły w Rybniku, wystawiona na panią Martynę Lipską, a druga to legitymacja studencka wydana na nazwisko twojego największego fana!
– Masłowski?
– Otóż to, nasz poszukiwany Masłowski pozostawił po sobie legitymację, chociaż zadbał o zniszczenie fotografii na dokumencie. Pewnie informacja o tym znalezisku dotarłaby do Wodzisławia za tydzień lub dwa, ale usłyszałem nazwisko czy dwa, ale od słowa do słowa zrozumiałem, że to w sumie dotyczy tej zatrzymanej Lipskiej. I ciebie.

Wojtek spojrzał w oczy komendanta. Być może pytanie, które właśnie sobie zadawał telepatycznie, dotarło do policjanta, być może ten sam z siebie czekał na dobry moment, żeby wyjaśnić ich obecne położenie.

– Niezależny detektyw, co? – nadinspektor spytał niezbyt zdziwiony. – Dotarły do mnie plotki o tych, jak to nazwałeś, wygłupach i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Jeśli któregoś dnia nie wylądujesz za kratkami, być może zostaniesz solidnym policjantem.
– Wie pan… nie chcę wyjść na niewdzięcznego, ale… raczej nie przywykłem do uprzejmej współpracy. Znaczy, że gdzieś jest haczyk? – Wojtek oparł się wygodniej o ścianę przy lustrze weneckim.
– Wojtuś, Wojtuś… powiedzmy, że mam swoje powody. Przerwij mi, jeśli już słyszałeś tę opowieść. Do biura prokuratora w Wiśle wchodzą trzy osoby i odchodzą z kwitkiem. Kilka minut później w budynku włącza się alarm pożarowy. Kilka godzin po alarmie znajdują się dowody w sprawie, o którą wspomniane trzy osoby pytały prokuratora…
Cholera.
– Pierwsze słyszę – stwierdził Wojtek, na co komendant zaśmiał się serdecznie.
– Pozwolę sobie skorzystać z twoich wygłupów. Lepsze to niż ewakuacja całego budynku i aresztowanie człowieka z potencjałem. – Rzucił Wojtkowi znaczące spojrzenie, dając tym samym znać, że to nie było ostrzeżenie, a raczej obietnica. – Pogadasz sobie z tym przyjemniaczkiem w pokoju obok, ale za plecami będziesz miał tego tam.

Wskazał policjanta w mundurze. Najwyraźniej nie był to śledczy, a zwykły posterunkowy, spisujący zeznania. Dopiero jednak po wejściu do pomieszczenia zauważył, że jest to sierżant.

– Masz tu pomocnika. – powiedział komendant.

Policjant nie zaprotestował.

Wojtek usiadł obok niego, jednak nie był pewien, o co spytać. Nie warto ryzykować takiej szansy.

Podejdziemy na około.

– Na początek panie… – zaczął chłopak.
– Kociuba.
– Tak. No, więc wie pan, dlaczego tu się znajduje?
– Jo naprowda nie chciołem. – rozżalił się kloszard – Jo nie na ten patrol się zamachnął yno na Wieśka, bo mie obrażoł, swołocz choljerna.
– A ja bym jednak wolał porozmawiać o czymś innym.
– Tuż, o czym gadoć, panie władzo? Jo na milicję złego słowa powiedzieć nie mogę…

Pięknie. Starej daty. Wojtek spojrzał w stronę szyby po swojej prawej, oczekując, że usłyszy po raz kolejny wybuch śmiechu komendanta.

– Kłopot w tym panie Kociuba – przerwał chłopak, oderwawszy wzrok od lustra – że pana teczka jakoś nie pokrywa się z pańskim uwielbieniem do porządku publicznego. Na każdym kroku kradzieże, oddawanie moczu na budynek sądu, na komisariat, na urząd miasta… – urwał, żeby z lepszą dykcją wypowiedzieć następne zdanie – Oddawanie fekaliów na budynek urzędu wojewódzkiego i śmiecenie.
– Ja nikogo nie okradł! Przysięgam!
– Ekhem. – wtrącił sierżant.
– Jednak znaleźliśmy przy panu kilka rzeczy, które do pana przecież nie należą. W dodatku ważne dokumenty! – podchwycił chłopak.
– Tać, jakie to ważne papiry, jak jo tylko starocie zebrał? Ha? Keby tego było mało, to od koljegi. Tego Wieśka, swołoczy cholernej?

Jego akcent wyraźnie nie pasował ze śląskim otoczeniem. Przypominał raczej kogoś ze wschodu, niezbyt udanie wpasowującego się w realia gwary Górnego Śląska. Był trzeźwy, jednak przez długość stołu zionął zapach alkoholu niekoniecznie etylowego, oraz wszelkiego rodzaju tanich win za „czypiendziesiat” i z terminem ważności, oraz powiew znany każdemu, kto chociaż raz przechodził obok pełnego po brzegi kosza na śmieci.

– No, tak, ale, jak tu mamy panu wierzyć, jak tego całego Wieśka tutaj nie ma? Rozbój będzie policzony tak czy siak, ale jeszcze odsiedzi pan za kolegę od butelki.

Policjant spojrzał na Wojtka krzywo, to co chłopak powiedział, nie kleiło się kupy, facet odsiedzi swoje i tyle. Nikogo nie obchodzi, czym „Wiesiek” sobie zasłużył na lincz, szukają go ze względu na dokumenty. Jednak żul zaczął wreszcie gadać do rzeczy.

– My pod aleją Górnośląską się spotykamy! Jo pokażę, zresztą Wiesiek jest tu obcy, on niedawno przyjechał! Poznacie go! Wyróżnia się!
– Spokojnie panie Kociuba, pogadamy z Wieśkiem, nawet pojedzie pan z nami go wskazać. – uspokoił go sierżant. – Na razie wystarczy tej pogadanki. Za godzinę pana zabieramy.
– Tać gdzie? Jo niewinny!
– Poszukać Wieśka – wyjaśnił Wojtek.

Wraz z policjantem przeszedł przez drzwi do obserwującego wszystko komendanta. Stał przy lustrze, uśmiechając się wesoło.

– Młody gliniarz, starej daty. W sumie nie sądziłem, że sobie poradzisz – stwierdził na początek.
– Powiedzmy, że mam już doświadczenie z gorszymi… A w sumie. Z kim poprzestaję, takim się staję. To ktoś ze wschodniej Polski. – wskazał gościa za szybą.
– Tak jest. Bożydar Kociubiński, ale mówi na siebie Kociuba. Kilka razy siedział za kradzieże, nic dziwnego, że się tak przestraszył. Ach, zgłodniałem od tej paplaniny.

* * *

Komendant przełknął porcję sałatki, co natychmiast popił kawą.

– A powiedz no młody, co cię sprowadza do pomocy policji?
– Prawdę mówiąc, magiczne zdolności.

Szef spojrzał podejrzliwie, zatrzymując widelec wpół drogi.

– A tak poważnie?
– Tak właśnie sądzę. Spędzałem sobie miło czas, popijając herbatkę, a tu na moich oczach porywają człowieka – wyjaśnił „metaforę”. – Kilka tygodni później, dzięki pomocy przyjaciół znajduję Lipską, cudem unikamy śmierci, a potem dostaję wiadomość tekstową, która tylko pogarsza sytuację.
– W tej branży nie ma przypadków – zanegował komendant.

Wygrzebał z portfela banknot stuzłotowy i położył na stole.

– Zakład o stówę, że nie zaczęło się od popijania herbatki – powiedział.
– Zakład nieprzyjęty.

Mężczyzna zgarnął stówę i wrócił do pałaszowania.

– Wie pan, od jakiegoś czasu odczuwam dziwny pociąg do pracy w policji. Od kilku lat, można powiedzieć.
– Jak tak dalej się będziesz prowadzić, to trafisz za kratki, złapany przez ambitniejszych od siebie – odpowiedział komendant. – Dlatego po drodze do domu zahaczysz o komendę w Rybniku i oddasz grzecznie rewolwer po ojcu odpowiednim osobom.

Skąd on to wszystko…? Ten człowiek jest przerażający.

– Ostrowski się wygadał, czy Zalewski?
– Zalewski to mój dobry znajomy. Gliniarz w porządku, ale nie ma do ciebie zaufania i pewnie nie będzie miał. – Wpakował sobie solidną porcję udka z kurczaka w usta. – Cieszę się, że ten Feldo oberwał z broni policyjnej, chociaż szkoda Ostrowskiego, że musiał kropnąć drania.
– Odnoszę wrażenie, że nie traktujecie mnie poważnie. Trzymacie mnie na smyczy, bo jakiś popapraniec uwziął się na mnie i Klaudię.
– Prawdę mówiąc – znów przełknął – Tak jest. Ktoś chce z was dwoje zrobić ofiary, nie da się ukryć, ale już dawno mogłeś odpuścić. Nie chcę być nieszczery ani też wygadać się za wiele, ale Zalewski z chęcią widziałby cię z daleka od służby w policji, w ogóle z dala od policji.
– Coś słyszałem. Doskonale zdaje sobie pan sprawę, że w tej robocie jak chyba w każdej innej, zdrowie psychiczne nie każdemu udaje się zachować.
– Psychika to jedno. Ja się utrzymuję w ludzkich brudach już ile? Dwadzieścia lat. Poznałem wiele przypadków. Morderstwa, gwałty, z okrucieństwem czy bez, kradzieże, pedofilia, gangsterka, dilerka, znikający policjanci. Katowice to duże miasto.
– Zatem po takim praniu mózgu nie łatwo zachować czysty umysł. Można ześwirować. – Wojtek zignorował uwagę o znikających policjantach.

Komendant zamyślił się, chwilę przeżuwając kolejną porcję kartofelków. W końcu przyznał.

– Nie jest łatwo, ale to nie znaczy, że pracuje tu banda psychopatów. Zalewskiemu zależy na twoim bezpieczeństwu, młody. O ile się nie mylę, obiecał to twojemu ojcu.
– Zalewski znał mojego ojca?
– Tego nie powiedziałem.

Szef wytarł twarz z resztek sosu i jedzenia, po czym wstał od stołu, by zanieść tacę z talerzami po posiłku.

– Za kwadrans stawiasz się przy wyjściu, zabieramy naszego kloszarda pod mosteczek.

Czekał na nich pięć minut. Pierwszy wyszedł sierżant, za nim zatrzymany żul, a na końcu śledczy ubrany po cywilnemu. Skierowali się do nowego Chevroleta policyjnego, co zdawało się kontrastować z niektórymi polonezami na parkingu.

Całą czwórką weszli do środka, sierżant za kierownicą, obok śledczy, a Wojtek wylądował na tylnym siedzeniu w towarzystwie kloszarda. Kociuba nie był tym wcale zniesmaczony, czego chłopak nie mógł niestety powiedzieć o sobie.

– Gadaj młody – zaczął śledczy – Co sprowadza prowincjonalnego gliniarza–samozwańca w te części Śląska?
– Rozumiem, że pan o to pyta, ponieważ doskonale wie, o co chodzi. Nie ma sprawy, nie tylko policja ma mnie za intruza.
– Intruza? Broń nas Boże, ale niemile widzianego gościa, owszem. Zdajesz sobie sprawę, ile starych spraw rozgrzebałeś?

Samochód zjechał z głównej drogi, między blokowiska.

– Tylko jedną. Nie spodziewałem się tylko, że wybuchnie z tego taka bomba. Aż się dziwię, że Ostrowski stanął po mojej stronie.
– To zwracam honor. Jak Ostrowski cię dopuścił, to musi coś w tym być.
– Dobry czy zły glina?
– Najlepszy, jakiego znam, ale przy tym straszny maniak. I jaki zamknięty w sobie? Z nikim nie gadał o robocie, nawet ze swoim kolegą. Co dopiero o sprawach prywatnych.
– Prawdziwy harcerz. Rozumiem, że przenieśli go tutaj na jakiś czas?
– To dosyć niejasna sprawa. Miał u nas pracować od razu, ale przeniesiono go na dwa lata do komendy zabrzańskiej, ale przyjechał do nas po roku, jak rzucił się w pogoń za podejrzanym i przywlókł go pociętego nożem.
– Pociął faceta nożem? – Wojtek z zaskoczenia poprawił się w fotelu.
– Oczywiście nie, ale biedaczyna pewnie do dziś nosi jego autograf na twarzy. Winy nie udowodniono Ostrowskiemu, ale ze względu na podejrzenia go zdegradowano i wysłano do nas. Jego akta od tego czasu są czyste.

Sierżant zatrzymał pojazd na poboczu przed mostem. Dalej należało iść piechotą.

Śledczy wypuścił Kociubę, zakutego w kajdanki i poprowadził go przodem. Żul niechętnie podjął się prowadzenia, idąc jakby na ścięcie.

Przeszli przez barierkę i na dół wzgórza, gdzie widoczna była od dawna wydeptana ścieżka. Wzdłuż niej dotarli w cień mostu. Wokół panował zaduch. Z ziemi wystawały rury kanalizacyjne, a cała ziemia pokryta była skromną trawą. Co prawda nie rosły tu chwasty, ale z pewnością pasowałyby do całej reszty.

– To tam, po przeciwnej stronie. – Kociuba wskazał zarośla i rury na drugim końcu. Rzeczywiście tłoczyli się tam jacyś ludzie.
– Pan sierżant pomoże. – Śledczy ruszył przodem.

Sierżant chwycił kloszarda za tył karku i poprowadził za śledczym. Wojtek trzymał się z tyłu, jednak postanowił przejść okrężną drogą i podejść zbiorowisko z drugiej strony.

Odbił na prawo, prosto do jednej z kolumn. Za nią postanowił iść już schylony, więc po ominięciu trzymetrowego bloku ugiął z lekka kolana. Trawa szeleściła pod jego stopami, ale częściowo zagłuszał to ryk samochodów jadących po moście. Był oddalony o pięć metrów od żuli stłoczonych przy palącej się stalowej beczce. Wokoło porozrzucane były wszelkiego rodzaju drewniane odpady i szklane butelki.

Grupa policyjna była o trzy metry od zbiorowiska, gdy Wojtek schował się za bliższą kolumną. Z kolei, gdy przybliżyli się o kolejny metr, w tłumie rozległ się krzyk.

– Milicja! Ratuj się kto może.

Żule w panice rozbiegli się w różnych kierunkach, policjanci rzucili się do pościgu za dwoma, pozostała trójka biegła w kierunku Wojtka.

Pierwszy kloszard minął kolumnę i potknął się o wystającą zza niej nogę chłopaka, dwóch kolejnych przeskoczyło go. Wojtek pochylił się nad leżącym.

– Wiesiek?
– Nie, nie bij, to tam, ja niewinny! – typ zasłaniał się rękami.

Chłopak ruszył do pościgu za pozostałą dwójką. Gdy wybiegli spod mostu, rozdzielili się w dwie strony, więc Plura skierował pościg na młodszego uciekiniera. Policjanci za nim podbiegali do leżącego żula, pozostała dwójka była już w kajdankach.

– Stój policja! – Wojtek zaryzykował komendę do biegnącego.

Kloszard właśnie pobijał rekord świata w biegu na dwieście metrów. Kierował się między bloki mieszkalne. Konkretnie pod Arkana 5, otoczony masą drzew.

O, nie przyjemniaczku. Pomyślał Wojtek. Tam się nie ukryjesz.

Uciekinier susem przeskoczył nad zaparkowanym przy ulicy pojazdem, ze zwinnością godną le parkour. Zaraz potem jednak staranował wózek z dzieckiem i został pogoniony przez stojącą obok matkę. Uchylił się pod ciosem z torebki i pobiegł dalej. Dystans pomiędzy pościgiem a ucieczką zmalał do dziesięciu metrów.

Widząc, że nie ma szans, żul wpakował się na plac zabaw przy Arkana 4. Chłopak spodziewał się, do czego zmierza.

Kloszard złapał bawiące się w piaskownicy dziecko, podniósł i odwrócił do Wojtka. Dłoń trzymał na karku chłopczyka.

– Odwal się, bo skręcę mu kark!
– Skręć mu kark, a przetrącę ci twój.
– Nie żartuję! – krzyknął, widząc, jak Wojtek wcale nie zwolnił kroku.
– Ja też nie, panie Kozień, zabawa skończona.

Gdy był na odległość kroku, Dariusz K. opuścił dziecko na ziemię.

* * *

– Nie powiem, panie Plura, umiejętnościami balansuje pan na cienkiej linii, ale szczęścia odmówić nie mogę. Nie.
– To raczej było niezależne ode mnie. Wiesiek–Kozień najwyraźniej uznał za genialną kryjówkę dołączenie do grupy kloszardów…
– Nie wiedział tylko, że jeden z jego „kolegów” go okradnie, po czym zostanie złapany przez policję. – podsumowała Klaudia.
– Kociuba trafił na policję, bo Kozień się z nim pobił, próbując odzyskać swoją własność. – wyjaśnił Wojtek. – Dobra ironia nie jest zła.

Za lustrem weneckim trwała nieco inna rozmowa. Zalewski prowadził dyskusję z Kozieniem, czy bardziej z jego adwokatem. Wojtek w duchu sympatyzował z taką postawą – kiedy zgarnia cię policja, najlepsze co możesz zrobić to się zamknąć.

Sam zatrzymany teraz prezentował się na poziomie swojego pełnomocnika. Ogolony i uczesany wyglądał całkiem stosownie. Garnitur dostał całkiem nowy, w końcu co to za problem zlecić kancelarii załatwienie czegoś czystego? Wojtek miał dodatkowo cichą nadzieję, że współwięźniowie wykręcili mu pod prysznicem popularny numer z mydłem. Za tak dorosłe podejście z pewnością zasłużył na tak nieformalne przywitanie.

– Kim dla pana jest Martyna Lipska? – spytał Zalewski.
– Jakie zarzuty stawiane są mojemu klientowi?
– Powtórzę pytanie. Co łączy pana z Martyną Lipską i komu zleciliście kolejne porwania?
– Mój klient nie odpowie na to pytanie.

Dariusz Kozień wyglądał, jakby miał się za chwilę rozpłakać. Usta wykrzywiał w grymasie i wpatrywał się w blat stołu.

– Pan nie wie, co to znaczy stracić córkę – powiedział, zacinając się z każdym słowem.
– Panie Kozień. Pańska córka nie żyje od ośmiu lat, a pan, zamiast nam pomóc, staje na bakier policji i prokuraturze. Jeżeli nie odpowie pan na nasze pytanie, odpowie pan za współudział w porwaniu i utrudnianie śledztwa.
– Ale jak to?
– Znaleźliśmy w pana biurze notatkę. Liścik. Od zatrzymanej Martyny L. Analiza pisma pozwoliła stwierdzić w stu procentach autentyczność.
– Wspomniana notatka obciąża jedynie panią Martynę Lipską, która nie działała na zlecenie mojego klienta. – wtrącił adwokat.
– Jednakże dokumenty będące w posiadaniu pana Dariusza Kozienia vel „Wiesiek” już potwierdzają, że jeśli jej działania nie były skoordynowane z działaniami pana Kozienia, to na pewno pan Kozień zataił fakty mogące umożliwić zatrzymanie groźnych przestępców. – Zalewski odparował
– Nie ma pan dowodów! – przerwał prawnik.
– W toku śledztwa oczywiście przysługuje panu dostęp do materiałów dowodowych, ale jak to się skończy, ich wiarygodność wpakuje pana klienta na długie lata do paki.
– Martyna… Obiecała, że przekaże sprawę swojemu znajomemu… – lód oddzielający Kozienia zaczął pękać – Ten człowiek… Wierzył w winę Herbanka… Ten człowiek… Obiecał, że dopadnie ich wszystkich i z nimi skończy… Nie można go odwołać… Jutro zginie ostatni porwany…
– Więc niech nam pan pomoże zatrzymać tę cholerną wyliczankę!
– Nie mogę… Chciałem, by cierpieli… I chcę. To mordercy! Gdybym mógł ich zabić, zabiłbym ich własnymi rękami! Gdybym mógł ich wskrzesić, wskrzesiłbym ich w mgnieniu oka i zabił ponownie, i wskrzesił i zabił i tak do końca mojego życia, bo nic i nikt nie odkupi cierpienia mojego dziecka!

Wojtek nie wytrzymał i podniósł z biurka plik fotografii. Przekroczył próg i rzucił zdjęcia na stolik, tak by wylądowały przy Kozieniu. Rozsunęły się w kaskadę, odkrywając w sam raz tyle, ile było trzeba. Stary, dobry trick karciany.

Chłopak nie czekał długo na reakcję. O ile było to możliwe, Kozień wykrzywił się jeszcze bardziej, przy czym zasłonił usta. Zamknął oczy i odwrócił głowę od stołu.

– Kto go tu wpuścił?! Czemu straszy mojego klienta?! – adwokat niemal wychodził ze skóry.
– Straszy? Ja tylko pokazuję temu panu jego dzieło. No dalej. – zwrócił się do zatrzymanego – Anioł Sprawiedliwości otworzył przed panem skrzydła, proszę się schronić, zanim nastąpi kara Boża!
– Ale oni zasłużyli na śmierć. Nie mogę. – głos Kozienia stawał się z każdym słowem bardziej płaczliwy – Przecież oni są źli.

A cel uświęca środki. Dodał Wojtek w duchu. Trzeba było najpierw udowodnić ich niewinność!

W chwilę potem uświadomił sobie, że przecież w Wiśle mieli zrobić badania DNA, które skończą się dopiero pojutrze. Gdyby tylko mógł wygospodarować więcej czasu!

Jednak ostatniego podejrzanego telefonu nie odebrał z własnego tylko poczucia wyższości. Krew ostatniej ofiary będzie miał na własnych rękach. Przy tym ocalenie czwartej – prawdopodobnie Klaudii – będzie proste jak spacer po parku w letnią noc.

– W jaki sposób kontaktował się pan z porywaczem? – spytał Zalewski, co chłopakowi odbiło się echem w głowie.
– Tylko raz, rozmawiałem z nim. W samochodzie. Nie pamiętam rejestracji. Na pewno z wypożyczalni, bo miał reklamę na drzwiach pasażera.
– Jak wyglądał porywacz? – brnął komisarz.
– A jak miał wyglądać?! – wybuchnął Kozień – W samochodzie były przyciemniane szyby, widziałem tylko jego ciemne okulary we wstecznym lusterku. Nawet kolor włosów wtapiał się w zagłownik.
– Jaka była marka tego samochodu? – zapytał Wojtek.
– Czarna Honda, bardzo elegancka.
– Nazwa wypożyczalni? – pytanie padło ze strony Zalewskiego.
– Jakoś tak… „Auto Selling” czy mastering…
– „Auto Sharing”? – upewnił się Zalewski.
– Tak…

Wojtek wyszedł z pomieszczenia zaczerpnąć powietrza. Jak na ironię porywacz podobnie jak Lipska wybrał sobie samochód z wypożyczalni. Nadzieją pozostawało, że niewielu korzysta z luksusowych pojazdów marki Honda. To raczej w stylu kogoś rzadko mającego okazję do prowadzenia takich wozów.

Pięć minut później z pomieszczenia wyszedł też Zalewski.

– Bardzo popularna wypożyczalnia. – wyjawił to, co oczywiste – Jak wyszedłeś, powiedział, że sam za wszystko płacił. Bardzo w jego nowobogackim stylu. Burżuazja…
– Chciał dobrze. Na pewno miał dobre intencje. Gdy prawo zawodzi, przegrany rodzic jest gotów na wszystko. – przerwał Wojtek. – Jak widać, on przynajmniej trafił na profesjonalistę, bo jak dotąd to my dostajemy tęgie baty.

* * *

Mężczyzna nie był pewien jak ryzykowne będzie ostatnie przedsięwzięcie, ale po poprzednich już i tak nie było możliwości odwrotu. Sam fakt udanego porwania zdawał mu się być jakimś „rzutem kośćmi”.

Wchodząc po raz ostatni do mieszkania na Dąbrówkach, liczył się z tym, że mogą ucierpieć niewinni ludzie, ale od dawna przestał wierzyć w istnienie czystego sumienia. Zawsze ktoś ma na swoim koncie jakąś skazę, tak skrzętnie ukrywaną, że nawet sam o niej zapomina. Sam przecież czynił źle, sam łamał prawo, którego niegdyś bronił, zabijał dla tego prawa, wiedząc, że nikt go za to nigdy nie pochwali.

Gdy usłyszał o zatrzymaniu Dariusza Kozienia, nie miał wątpliwości, że niczego nie powie. Obaj do dzisiaj pamiętają cały przebieg rozmowy sprzed tych kilku tygodni. Kozień wówczas bełkotał o książce, na którą natknął się w bibliotece. Dlatego postanowili wykorzystać zamieszczony w niej cytat o sprawiedliwości, która dosięgnie winowajców. W efekcie zmylili tym wszystkich, w dodatku doprowadzając do odtajnienia śledztwa sprzed lat.

Jednak w głębi duszy mężczyzna wierzył, że ktoś go powstrzyma. Miał cichą nadzieję, że Plura mijając go po raz kolejny, odczyta winę z jego oczu i postawi go przed sądem. Ta myśl stała się jego obsesją i nawet oskarżał w duchu młodzieńca o nieudolność, jakby zrzucając na niego odpowiedzialność za dwa morderstwa i kolejne, jakie popełni.

Ukradkiem popatrzył na ostatnią ofiarę. Przemysław Czarnodębski. Ostatni pionek wiślański. To jego zeznanie wreszcie podważyło świadków oskarżenia i przerodziło śledztwo w farsę. Było jakby eksplozją, podsumowującą podkładanie dynamitu pod stary budynek. To mówiło samo za siebie.

Gdy przeciągał porwanego do największego pomieszczenia, ten obudził się i, uświadamiając sobie, gdzie jest, zaczął wierzgać nogami, utrudniając dalszą drogę. Uspokoił się dopiero na widok pistoletu.

Posadzenie ofiary na krześle nie stanowiło większego problemu, nawet przywiązywanie poszło dość gładko.

– Jak będziesz cicho, obejdziemy się bez niespodzianek. – powiedział Czarnodębskiemu. – Rozumiesz?

Przytaknął.

Jednym ruchem zerwał mu z twarzy plaster i, zanim ofiara zaprotestowała, wetknął mu ustnik butli tlenowej. Z początku Przemysław nie oddychał, obawiając się otrucia, ale wkrótce był już zmuszony wzionąć powietrze.

Porywacz wyszedł na balkon i nastawił zegar na urządzeniu. Wszystko było odmierzone z dokładnością saperską. Elektronika stanowiła dziwne połączenie nowoczesnych układów scalonych i analogowego zegara. Różnice epok zdawały się ośmieszać współczesne możliwości terrorystów–samobójców, niejako kpiąc z ręcznych zapalników i czasomierzy z wyświetlaczem cyfrowym.

W dużym pokoju minął Czarnodębskiego i udał się do kuchni. Delikatnie poluzował przygotowanym na miejscu kluczem francuskim rury z gazem. Na syk nie czekał długo.

Dalej wszystko pójdzie już samo. Stwierdził w myślach i wyszedł.

Szybko zamknął drzwi i ruszył schodami w dół, po raz kolejny minął sąsiadów, jednak zignorował ich, patrząc się w ścianę po prawej. Dosłyszane słowa zmroziły mu krew w żyłach.

– Hola, hola… Pan czego tu szuka? – spytał gość w skórzanej kurtce.
– Mieszkanie byłem obejrzeć. – odparł – Ale się nie opłaca.
– Jak nie opłaca, ponoć za sam bezcen idzie. – zaprotestowała kobieta.
– Wiem, co mówię szanowni państwo.

Przy tym starał się nie podnosić zbytnio głowy, wiedząc, że już i tak jest narażony. Jeszcze bardziej przyspieszył kroku i jak oparzony wypadł z budynku.

Oby Bóg miał was w swojej opiece.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *